poniedziałek, 16 lipca 2018

Sentencja na dziś...



Tak, tak naprawdę się da, można, ba nawet nic się nie stanie i nikt tego nie zauważy, 
nikt nie wyśmieje, ot było minęło!!



Znalezione w sieci. 

niedziela, 15 lipca 2018

Przetwory 2018 w pełni :)





U nas sezon przetworów w pełni, półeczki w spiżarce zapełniają się słoiczkami, a do tego wszystko, co w nich ląduje jest z naszego ogrodu.  Wczoraj zrobiłam 14 słoików przetworów z ogórków, (z czego 3 są litrowe z ogórkami kiszonymi), ogórki jak w zeszłym roku obdarzają nas obfitymi plonami. Do spiżarni trafiło już 27 słoików soku z czerwonej porzeczki, 10 słoików soku z malin, 9 słoików soku z wiśni oraz 10 słoików dżemu z czarnej porzeczki oraz 11 słoików ogórków w pomidorach i sałatki ogórkowej.  Pomidory w tunelu pięknie dojrzewają i robimy się, co raz bardziej samowystarczalni.  Cukinie, rabarbar, włoszczyzna, bób, koper, szczypior to wszystko zjadamy z naszego ogródka. Niestety borówki zjadły nam szpaki, zostały na jednym krzaku, może uda nam się coś zjeść.
W tym roku zebraliśmy 47 kg czerwonej porzeczki, część wykorzystaliśmy na sok, a cześć, jak co roku na wrób wina domowego.  Jeśli nic się złego nie wydarzy będziemy mieli naprawdę dużo winogrona w tym roku oraz aronii. Czekamy na nektarynki, których jest naprawdę dużo na drzewie, ale niestety jeszcze nie są dojrzałe.
Nasz ogród jak już nie raz pisałam jest głównie jadalny, krzewy i drzewa tylko kwitnące stanowią u nas może 20% procent roślinności. Zbieramy wszystkie dary natury i staramy się je wykorzystać w jak najlepszy sposób. 




Czasem pytacie mnie czy mi się opłaca podlewać, pielić zamiast kupić w sklepie warzywa i owoce. Pomijając fakt, że nie pryskam niczym chemicznym roślin, nawożę tylko obornikiem i kompostem to zadam ja pytanie teraz Wam – a czy kwiatków, trawnika i ozdobnych roślinni nie trzeba podlewać, pielić, nawozić i kupować?  A ozdobne rośliny nie nakarmią mojej rodziny, nie dadzą im zdrowych witamin. Owszem wyglądają pięknie, ale tak samo wymagają pracy, jak jadalne.
Własne zbiory z ogrodu nie dość, że oszczędzają nasze pieniądze, dają satysfakcję, zdrowie to jeszcze motywują nas do spędzania czasu wolnego aktywnie. Polecam.


Obiecuję, że dodam przepisy :) 

czwartek, 12 lipca 2018

Wakacyjne żywienie





Długo nic nie pisałam, chyba zbyt wiele sobie postawiłam spraw na drodze, miałam zwątpienia, słabości, ale udało się wszystko poukładać. Nadszedł czas po tym wszystkim na wypoczynek, dzieci pojechały na obóz. Więc my z najstarszym synem w trójkę też postanowiliśmy wyjechać, na kilka dni, ale jednak. Pierwsze postanowienie było takie, że nic nie gotujemy wykupimy śniadania, zaś obiady jemy w barach, w sumie na troje nie jest to już aż tak duża kwota. Po przyjeździe na kwaterę (wybraliśmy agroturystykę) zapytaliśmy o śniadania, lekko nas zmroziło, kwota 60 zł, co rano to poważny wydatek, więc zrezygnowaliśmy zwłaszcza, że w pokoju był aneks kuchenny.  





Przyszła kolej na obiad niestety odwykliśmy od dań barowych i nasze żołądki ogłosiły protest, syn na drugi dzień stanowczo zażądał zakupów w sklepie i przygotowania obiadu w pokoju. Zatem coś szybkiego, pożywnego i łatwo dostępnego. Weszłam do sklepu owadziego i zakupiłam – dwie paczki makaronu bezglutenowego, opakowanie karczku, dwa słoiki sosu pomidorowego, siatkę cebuli, opakowanie pieczarek, śmietanę, sok pomarańczowy, przyprawę grillową, jogurt naturalny i butelkę oliwy z oliwek, zapłaciłam 67 zł.  Miałam produkty na dwa obiady, czyli kwota całkiem sensowna, w sklepie następnym nabyłam ponad pół kilograma porządnej swojskiej kiełbasy z małej masarni za kwotę 10 zł oraz w pobliskiej piekarni 2 bochenki chleba gryczanego bez pszennego za kwotę 8 zł.  W tym momencie byłam posiadaczką prowiantu na trzy obiady (oraz pieczywo na śniadanie) za 85 zł. Pierwszego dnia zrobiłam karczek duszony z pieczarkami i śmietaną podany z makaronem (z domu mieliśmy ogórki z ogrodu), więc zrobiłam mizerię, drugiego dnia użyłam sosu ze słoików i makarony, trzeciego zaś poddusiłam kiełbasę z cebula i zjedliśmy ja z pieczywem.  Nie spędziłam wielu godzin w kuchni, nie wydałam zbyt wiele również nie odchorowaliśmy posiłków przygotowanych w nieznany nam sposób.  Kolejnego dnia zdecydowaliśmy się pójść na obiad do baru, ale omówiliśmy posiłek z kucharzem, wydaliśmy 60 zł na naszą trójkę zjedliśmy naprawdę smaczny i pożywny obiad, czyli mieliśmy za sobą 5 obiadów, z czego 3 domowe 2 w barze. Jak widać można wyżywić się za niewielkie pieniądze, nie trzeba zaraz na urlopie szastać pieniędzmi. Nasza dieta oraz nawyki mimo wszystko kierują nas do domowego samodzielnie przygotowanego jedzenia.  Dzieci po powrocie z obozu również uznały, że odwykły już od żywienia zbiorowego i od dodawania do dań przyprawy uniwersalnej.  Syn skarżył się na biegunki, córka na bóle brzucha i tak to skończyła się nasza przygoda z jedzeniem po za domem.  A ja z radością powróciłam do swojej ukochanej kuchni i obserwowania jak moje „pisklaki” ze smakiem zjadają, co im podam, a córka przy kolacji pyta, co będzie dobrego na śniadanie – dziś była owsianka z cynamonem i jabłkami, wczoraj gofry bananowe. Naprawdę lubię gotować, piec i patrzeć jak im smakuje.