czwartek, 28 lutego 2013

Pampuchy, pyzy drożdżowe, parowce....



Oczekują na gotowanie

Wczoraj mieliśmy na obiad kluski na parze gotowane z sosem truskawkowym. Jedno z ulubionych dań męża, zjadł 9 sztuk. Zrobiłam kluski z kilograma mąki i zostały 4 sztuki, z czego zjadł dwie przed wyjściem do pracy. On naprawdę je uwielbia. Nie robiłam ich dawno, bo ciągle miałam problem z wersją bez - pszenną, ale znalazłam już przepis i będą kluski parowe bez pszenicy. Wczoraj niestety syn musiał pocieszyć się racuchami. Kluski gotowane na parze nie wymagają dużo pracy, ale sporo czasu, parowanie ilości z kilograma mąki zajęło mi godzinę, co prawda wkładałam je, nastawiałam czas i odchodziłam, no ale jednak tą godzinę trzeba być w okolicy. Za to smak, puszystość nie do zdobycia w kluskach ze sklepu. No chyba, że jedzone w barze "Smakosz" w Łodzi, oj tam parowce były przepyszne, do tego sos pieczarkowy i zasmażana kiszona kapusta. Smak z dzieciństwa, każde zakupy kończyły się w "Smakoszu", niestety już nie ma tego baru. Szkoda, bo robili je tak, jak się robi domowe, bez ulepszaczy i konserwantów, no i pączki też były u nich hitem. No cóż, ale baru nie ma, więc trzeba zrobić własne kluski. W sprzedaży często kluski nie mają nic wspólnego z pampuchem "prawdziwym", przeczytajcie czasem skład, można się zdziwić. Dodatkowo moje wychodzą taniej. Zaraz ktoś powie, no a koszt gotowania!  No tak, ale czy kupnych nie musimy też podgrzać? W sprzedaży pampuchy kosztują 9-12 zł za kilogram, moje wyszły 6 zł za kilogram, myślę, że 6 zł nie wyniosła mnie energia potrzebna do gotowania ich, użyta wody do zmycia blatu i miski w której wyrabiałam ciasto.

Kluski na parze, pampuchy, pyzy drożdżowe (mają wiele nazw, ale chyba wszyscy wiemy o co chodzi)

1 kg maki pszennej
1/2 litra mleka
100 g drożdży świeżych
3 całe jaja
2 żółtka
1/4 kostki masła/margaryny
1/2 szklanki cukru

Mleko podgrzać lekko. Drożdże, 5 łyżek cukru, 10 łyżek mleka, 2 łyżki mąki wymieszać i odstawić zaczyn do wyrośnięcia około 15-20 minut. Resztę mleka podgrzać i rozpuścić w nim masło/margarynę. Jaja utrzeć z resztą cukru. Do miski wsypać mąkę, dodać jaja, drożdże i pomału wlewamy mleko z masłem mieszając ciasto. Może się zdarzyć, że ciasto będzie za luźne, wszystko zależy od mąki, dodajemy wtedy około garści mąki. Ciasto musi być elastyczne, nie twarde, ale odchodzić od ręki. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 10 min. Formujemy kulki (wielkość zależy od tego jakie chcemy mieć duże kluski), mnie wyszło 27 sztuk. Układamy je na posypanym mąką blacie. Na duży garnek zakładamy gazę, pieluchę tetrową, lub sitko do gotowania na parze. Wcześniej oczywiście wlewamy wodę, tak około 1/4 góra 1/3 naczynia. Przykrywamy miską, ja używam pokrywki z mikrofali, takiej by nie pryskało mi danie po ściankach. Czekamy aż woda zacznie wrzeć i układamy na gazie/sitku kluski, przykrywamy i parujemy je przez 8 minut. Gotowe, prawda, że nie jest to trudne :) 

środa, 27 lutego 2013

Zajęcia dodatkowe dla dzieci, czas wolny - oszczędnie

Wcześniej pisałam o przemyślanych zakupach, prowadzeniu rejestru wydatków, o planowaniu, kupowaniu używanej odzieży bądź jej wymianie z innymi, o tym, że oszczędzanie jest eko. Próbuję przybliżyć Wam to, jak staramy się oszczędnie, ale godnie żyć. Nie pisałam jeszcze o ważnej części naszej codzienności - rozrywkach i edukacji. Postaram się dokładnie opisać dziś ten temat. 


Jak wiadomo w obecnych czasach głupio jest jak dzieciaki nie chodzą na zajęcia dodatkowe, często są to zajęcia zbędne, czasem po prostu modne lub jeśli chodzi większość, to nasze dziecko też, czyli jak ja to nazywam owczy pęd. Oczywiście są również zajęcia potrzebne, rozwijające pasje naszych dzieci lub stymulujące ich rozwój. By nie dać się wciągnąć w ten wyścig należy dokładnie przemyśleć temat zajęć dodatkowych dla naszych dzieci, porozmawiać z nimi jakie mają pragnienia, zastanowić się w czym nasze dzieci są dobre, a w czym potrzebują wsparcia i wybrać optymalnie najlepsze dla nich i dla naszej kieszeni, oraz by czasowo (dowozy, odbiory i ilość) były rozsądne. Pamiętajmy, że nasze dzieci chcą, a nawet muszą być dziećmi, mieć czas na zabawę, spokojne odrobienie lekcji lub zwyczajne LB (leżenie bykiem). Ja kilka lat temu dałam się porwać szaleństwu masy zajęć, padałam ja, padały dzieci i nic z tego nie było, bo ogrom sprawiał, że niewiele zostawało w pamięci po tych zajęciach. Przyszedł ten moment, gdy mocno, mocno puknęliśmy się w głowę i zastanowiliśmy co z tego ogromu jest dla nas i dla dzieci ważne. Efekt nas zaskoczył, mało, że czasu więcej, to jeszcze w kieszeni dużo więcej, bo mniej opłat za zajęcia i mniejszy koszt paliwa. Pamiętajmy by nie zmuszać dzieci do zajęć, w których nie czują się dobrze, nie realizujmy własnych aspiracji, marzeń poprzez nasze dzieci. Jedne dzieci są sprawniejsze fizycznie, inne mniej, jedne utalentowane muzycznie, plastycznie, inne nie. Warto rozejrzeć się za zajęciami w pobliskich Domach Kultury i Centrach Zajęć Pozaszkolnych. Ceny zajęć tam organizowanych są dużo niższe, a tak samo atrakcyjne, a często wyższej jakości. Przykład - zajęcia taneczne organizowane w szkole 70 zł miesięcznie, zajęcia organizowane w naszym MDK-u 70 zł za semestr, zajęcia plastyczne w szkole 50 zł miesięcznie, w MDK-u 70 zł za semestr + wyprawka na cały rok koszt 45 zł. Angielski w szkole 80 zł miesięcznie w grupie 15 osób, w MDK-u 35 zł miesięcznie w grupie 4-6 osób maks 8, za dokładnie tą samą ilość godzin. Zajęć sportowych też nie warto łapać pierwszych z brzegu. Znalazłam dla młodszego syna zajęcia piłki nożnej prowadzone przez piłkarza (grającego cały czas w klubie) 3 razy w tygodniu po 1,5 godziny za kwotę 30 zł za miesiąc. W tym mam badania lekarskie opłacone, przejazd do innego miasta na mecz dla syna, napoje na meczu, koszulkę i spodenki klubowe. Naprawdę warto dokładnie zbadać wszystkie oferty. Na początku roku szkolnego jest w czym wybierać, nie trzeba łapać coś z brzegu, zajęć nie zabraknie, oferta jest naprawdę bardzo bogata, więc warto wziąć pod uwagę kilka czynników - jakość, koszt, odległość i pasujące nam godziny i czas zajęć. Ja miesięcznie na zajęcia dodatkowe dzieci wydaję kwotę 100 zł, w tym mam 4,5 godziny piłki nożnej, 3 godziny angielskiego, 3 godziny zajęć plastycznych, 30 min. nauki gry na instrumencie. Naprawdę polecam najpierw sprawdzać ofertę w MDK-u i CZP.  
Druga sprawa to rozrywki. Każdy chce odetchnąć i rozerwać się. Polecam gorąco zakończyć kupowanie książek, książki są bardzo drogie, do tego wcale nie jest to eko. My od dawna korzystamy z 3 bibliotek, nie licząc szkolnej biblioteki. Ktoś powie, że nie mają nowości - mają, mają, tylko czy musimy czytać wyłącznie nowości?? W bibliotece jest mnóstwo ciekawych książek, poradników. Zajrzyjcie do najbliższej biblioteki i będziecie zaskoczeni. Druga sprawa, to książki dla dzieci, które dość szybko wyrastają z książek. Owszem warto mieć kilka na półce, ale tak naprawdę tylko kilka. W bibliotekach dla dzieci jest chyba nawet większy wybór niż dla dorosłych. Jak ja bym miała młodszemu synowi kupować książki, to hmmm, no nie dali byśmy rady i tyle. Chłopak czyta 4-6 książek miesięcznie i mówię tu o pozycjach powyżej 200 stron. Ma już "chody' u pani w bibliotece i odkłada mu co bardziej oblegane tytuły. Super, że chłopak tyle czyta, ale my byśmy mu tyle książek nie kupili, więc z tego powodu hamowali byśmy jego pasję.
Kolejna sprawa to rozrywki rodzinne i we dwoje. Rodzinnych rozrywek szukam często w necie, całkiem sporo jest różnych bezpłatnych ofert dla rodzin, jak i dla samych dzieci. Lubimy np. warsztaty dla dzieci w centrum ogrodniczym, oferta jest bogata - kulinarne, plastyczne, ogrodnicze, cyrkowe, ekologiczne. Dzieci idą na bezpłatne zajęcia lub czasem symbolicznie odpłatne 5-10 zł za dziecko. Dzieci są na zajęciach 1 - 2 godziny, a my buszujemy po centrum, idziemy poczytać do ogrodu, czasem są równoległe warsztaty dla rodziców. Czas we dwoje, nie trzeba wiele, my umawiamy się często na takie "randki" - robimy sobie wieczór tylko dla nas, ale nie przy tv, ale z kolacją, winem przy świecach. Rozmawiamy, trzymamy się za ręce, jemy, wspominamy itd. Rodzinne wycieczki, uwielbiamy, planujemy je dokładnie, czytamy o miejscu gdzie jedziemy, a wycieczki nie muszą być dalekie i kosztowne. Spacer po głównej ulicy miasta z jej historią, ciekawostkami, zabawa przy fontannie. Zabieramy własny prowiant i napoje, na koniec takiej wycieczki robimy sobie piknik, oj jak dzieciaki uwielbiają takie pikniki. Przed wycieczką wszyscy coś wymyślają i szykują do jedzenia, pieczemy razem ciastka, robimy kanapki, pakujemy i w drogę. Do muzeum w bezpłatny dzień. Na rowerze do lasu i koniecznie piknik. Powodzenie takich wycieczek zależy od nas dorosłych, jak bardzo zaangażujemy dzieci w taki wyjazd, jak podamy im to, co mają zobaczyć. Mam nadzieję, że udało mi się Wam przekazać nasz punkt widzenia, sposób na organizację zajęć dodatkowych dla dzieci, oraz na spędzanie wolnego czasu. 

wtorek, 26 lutego 2013

Makaron domowy



Przed gotowaniem jeszcze surowy

Niestety, dziś mało kto chce i potrafi robić makaron. Większość nawet nie próbuje, sądząc, że to zbyt trudne zadanie albo też, że to zupełnie pozbawione sensu i nie opłacalne, mając w zasięgu ręki tyle gotowych makaronów męczyć się z własnoręcznym go wykonaniem. Spróbuję Was  przekonać, że jednak warto. Robi się go dosłownie w 15 minut, do tego trzeba doliczyć 15 minut, kiedy ciasto "odpoczywa". Makarony można robić z różnych rodzajów mąki i barwić je. Po za faktem, że wiem co mam w tym makaronie, koszt domowego makaronu jest niski, a jakość zupełnie inna. Ja uwielbiam smak domowego makaronu, zapach gdy się gotuje, bardzo często wyjadam taki bez niczego. Koszt tak zwanego "makaronu domowego", jajecznego w sklepie, to około 20 zł za kilogram, domowy makaron to koszt 1 kg mąki + 4 jaja + 4 łyżki oleju + szczypta soli. W zależności od tego jakiej użyjemy mąki i jaj, cena domowego makaronu się zmieni. Zakładając, że wykonam ten makaron z mąki orkiszowej, to koszt około 6-7 zł za kilogram, do tego dodamy kwotę za cztery jaja około 3 zł (wiejskie), to wyjdzie nam kwota 9-10 zł za kilogram gotowego makaronu. Czyli połowa ceny makaronu ze sklepu. A do tego mamy satysfakcję z własnoręcznie wykonanego makaronu, pewność co do jego składu i świeżości. A wartość dodana to całkiem miłe ćwiczenie dłoni i ramion. Jeśli zrobię makaron z mąki pszennej białej, to koszt kilograma makaronu wyjdzie około 4 - 5 zł. Zachęcam Was, by choć raz spróbować domowego makaronu. Ja zazwyczaj robię makaron w dniu gdy go potrzebuję, taki jest najsmaczniejszy, ale mam również zapas ususzonego domowego makaronu.. Mogę go przechowywać kilka tygodni i jest zawsze pod ręką gotowy. 

Makaron domowy

1/2 kg mąki
2 jaja
2 łyżki oleju lub oliwy
szczypta soli
szklanka gorącej wody

Wsypujemy mąkę do miski, do tego sól, jaja, olej i mieszając wlewam gorącą wodę. Następnie mieszam wszystkie składniki i wykładam na blat. Zagniatam delikatnie ciasto na makaron, nie wygniatamy mocno, bo będzie twardy. Dzielę ciasto na dwie części i rozwałkowuję na cienkie placki. Odkładam placki przesypane lekko mąką na 15 minut. Po tym czasie zwijam placki w rulon lub tnę na pasy i składam jeden na drugi, siekam na makaron odpowiedniej w danym momencie grubości. Tak przygotowany makaron wrzucam na osolony z odrobiną oleju wrzątek, gotuję około 10 minut, przelewam zimną wodą i gotowe.
Makaron do suszenia trzeba mocniej przesypać mąką by się nie sklejał. Pocięty rozkładamy cienką warstwą na prześcieradle rozłożonym na stole. Taki makaron schnie około 10 godzin, następnie przesypuję go do bawełnianych woreczków i wieszam w spiżarni. 

Ugotowany



poniedziałek, 25 lutego 2013

Pasztet.......wybieram domowy





Chcę Wam zaproponować domowy pasztet w słoikach, oraz pieczony w piecyku. U nas obecnie to hit do kanapek. Po za tym, że koszt takiego pasztetu jest naprawdę niski, to jeszcze bez "ekstra" dodatków. Wydaje się nam, że taki pasztecik to przecież nie wielki koszt, pudełeczko kosztuje około 2 zł. No tak, ale w pudełeczku ile jest? 130-150 g?? Więc nie jest już tak tani, a jak uwzględnimy skład takiego pasztetu, to już zupełnie nie jest tanio.
Przykładowy skład: woda, mięso oddzielone mechanicznie z kurcząt (17,4%), skórki z kurcząt, wątroba z kurcząt (9,4%), olej rzepakowy, białko sojowe, skrobia modyfikowana (kukurydziana), kasza manna, mięso z kurcząt (1,5%), sól, skrobia ziemniaczana, proszek jajeczny, przyprawy i ekstrakty przypraw, glutaminian monosodowy – wzmacniacz smaku, izoaskorbinian sodu – przeciwutleniacz. Zawiera soję, jaja, gluten.
Czyli mamy całe 1,5% mięsa. Fantastyczne!!!
Inny pasztet i inny skład: woda, surowce drobiowe 34% (mięso oddzielone mechanicznie z kurcząt, wątroba z kurcząt, masa jajowa), tłuszcz wieprzowy, mąka pszenna (gluten), białko sojowe, sól, przyprawy, E472 C (emulgator), regulator kwasowości: cytrynian sodu.
Smakowity skład, ale pyszności...:) Ma ktoś ochotę??

Skład takich pasztetów zazwyczaj jest wydrukowany maleńkimi literkami, aż ciężko się doczytać. Ale zachęcam, żeby ponieść ten trud i jednak doczytać. 
Zatem zastanawiam się za co płacimy, za soję, mąkę czy skórki, pazurki?? Ja się wypisuję z konsumpcji tego "apetycznego" pasztetu. Nie będę płaciła za pudełko pełnie świństw!!
Postanowiłam więc zrobić w domu swój pasztet. Rodzina zadowolona, wcinają, a ja wiem, że jedzą mięso :) Smak, jakość i koszt domowego pasztetu nie porównywalna do podróbek w sklepie. Tak, tak wiem co piszę, że to podróbki są, przecież w karmie dla psów jest więcej mięsa niż w pasztetach na sklepowych półkach. Nie ma ogólnych norm na produkcję pasztetu. Wymaga się tylko, by wszystkie użyte surowce i dodatki miały pozwolenie na zastosowanie i zostały wyszczególnione na opakowaniu.

Przepis na pasztet w słoikach

400 g mięsa drobiowego - nóżki, piersi 
200 g wątróbki drobiowej lub wieprzowej
200 g boczku (takiego dość tłustego)
1 cebula
ziele angielskie
liść laurowy
sól
pieprz
majeranek
4 łyżki kaszy manny lub kukurydzianej

Mięso drobiowe gotujemy razem z boczkiem i zielem, liściem, cebulą i lekko solimy. Wątróbkę panierujemy mąką (ja panieruję ryżową, ale to ze względu na alergie młodszego syna), obsmażamy. Ugotowane mięso studzimy, najlepiej w wodzie. Mielimy w maszynce kurczaka, boczek, wątróbkę i cebulę. Doprawiam pieprzem, solą i majerankiem do smaku (dość mocno - aż przesadnie, by czuć smak na kanapce), dokładam kaszę i wszystko mieszam. Wkładamy do słoików, zakręcamy i gotujemy w garnku z wodą przez około 30 min. Taki pasztet można postawić na półce w chłodnej spiżarni, na parapecie lub w lodówce. 
Można dodać do składu marchewkę, gotując ją razem z mięsem. U nas niestety marchewka odpada, bo jest jeden osobnik na nią uczulony, więc pasztet jest bez.

Pasztet pieczony w foremkach

1/2 kg słoniny
1/2 kg wątróbki drobiowej lub wieprzowej 
1/2 kg drobiu
1/2 kg wieprzowiny (nie za chudej)
4 jaja
1/2 szkl. bułki tartej
Przyprawy - ziele angielskie, liść laurowy, jałowiec, sól, 2 cebule - to wkładamy do gotowania mięsa
Pieprz, czosnek granulowany, majeranek, sól 

Mięso, słoninę ugotować z przyprawami i cebulą, wątróbkę obsmażyć. Wystudzić wszystko, zmielić. Dodać bułkę tartą, przyprawy, żółtka i wymieszać. Ubić pianę z białek z odrobiną soli i wymieszać z masą mięsną. Wkładamy masę do foremek wysmarowanych tłuszczem, polewamy delikatnie tłuszczem z wywaru i do pieca. Zapiekamy 45 min. w temperaturze 180 stopni. 
Ja wystudzony pasztet mrożę, więc mogę zrobić większą porcję. Z podanej porcji wychodzi tyle gotowego pasztetu ile jest na zdjęciu. 






Jadłospis z tygodnia 18.02 - 24.02

Tak jak pisałam wcześniej, jadłospis musiał być szybko modyfikowany z powodów większej zapaści finansowej, nie jest to na pewno jadłospis marzeń, ale mam nadzieję, że dał mojej rodzinie to co potrzebne w codziennej diecie.

Jadłospis z tygodnia 18.02-24.02  


Poniedziałek 
Rosół z makaronem domowym
Jajo sadzone, ziemniaki, gotowana marchewka, a dla alergika fasolka szparagowa

Wtorek 
Rosół z makaronem domowym
Kurczak (obrane mięso z rosołu) w sosie paprykowo-pomidorowo-cebulowym, ryż, surówka z kiszonego ogórka

Środa
Grochówka, 
Naleśniki z soczewicą

Czwartek
Grochówka,
Pulpety w sosie, kasza gryczana, ogórki w zalewie curry

Piątek
Pomidorowa,
Jajo sadzone, ziemniaki, buraczki gotowane

Sobota
Pomidorowa,
Kotlety mielone, ziemniaki, buraczki (tak chciała rodzina)

Niedziela
Gyros z piersi kurczaka (sos czosnkowy), frytki, surówka z białej kapusty 



niedziela, 24 lutego 2013

Ciastka z amarantusem - wersja pszenna i bez-pszenna




Jak co sobotę robimy sobie dzień z czymś słodkim, wczoraj upiekłam z młodszym synem ciastka z amarantusem. Amarantus do tanich produktów nie należy, ale jest bardzo wydajny i do tego bardzo, bardzo zdrowy, a że smaczny, to już inna sprawa :-)

Niestety, już nie ma w spiżarce amarantusa, następne ciasteczka będą przy jakimś "zastrzyku finansowym", gdy nie będzie większych priorytetów przed takim luksusem. 

Przepis na ciastka z amarantusem 

100 g mąki pełnoziarnistej, zwykłej lub mix bezglutenowy
100 g cukru
50 g masła/margaryny
30 g amarantusa popingu (1 szklanka)
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 jajo (opcjonalnie, ja wolę z jajem)

Ucieram masło z cukrem, dodaję mąkę, proszek do pieczenia, cynamon, a na samym końcu poping i wszystko razem mieszam/zagniatam dłonią. Rozgrzewam piecyk do 180 stopni. Blachę taką z pieca wykładam papierem do pieczenia. Z ciasta formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego i układamy na blasze, następnie rozpłaszczamy dłonią i pieczemy około 15 min. Porcja ta jest akurat na jedną blachę ciastek. 

czwartek, 21 lutego 2013

Ciecie w budżecie, cięcie w jadłospisie

Wczoraj podliczając finanse, okazało się, że do końca miesiąca trzeba zrobić mocne cięcia finansowe. Ha ha cięcia, jak ciąć z czegoś czego i tak brak. No cóż, ale jak mus to mus, usiadłam do modyfikacji jadłospisu na ten tydzień, przegląd zasobów domowych i nie będzie źle. Co prawda drugi raz w tym tygodniu będą jaja sadzone, najważniejsze, że dzieciaki lubią, a i ma to wartości odżywcze, więc czemu nie. Dorzucę do tego buraki (mam zamrożone, w słoikach), ziemniaki i będzie niezłe drugie danie. Zrobiłam przegląd w zasobach mięsnych, porozmrażałam, zmieliłam i dziś były pulpety w sosie, do tego kasza gryczana, ogórki kiszone ze słoika, a w sobotę będą smażone mielone, no i z głowy. Damy radę!! Jak to dobrze mieć zapasy z lata w spiżarce, to naprawdę dobra była inwestycja. Latem warzywa albo mam własne, od mamy, sąsiadki, albo są w niezłej cenie na rynku hurtowo kupowane. Staram się co roku zapakować w słoiki ogórki, owoce, a w tym roku poszłam dalej i wrzuciłam paprykę na dwa sposoby, buraki, więcej owoców. Do zamrożenia też sporo poszło warzyw, no i teraz w chwili kryzysu jest ratunek. Nastawiłam dziś kolejną porcję nasion na kiełki, będą dodatkowe witaminki, to też niezły witaminowy ratunek w zimie dla nas. Jajo, kiełki, cebula, majonez i już jest niezła pasta do pieczywa, no i daje nam sporo witamin, tak potrzebnych w okresie zimowym. Czasem mam kryzys jak tu nakarmić zdrowo i niedrogo rodzinę, do tego banda alergików. Mam duże wsparcie od mojej drugiej kochanej połówki, daje mi siłę i pomysły. Oby mu nie brakło zapału, sił i zdrowia :)  Mam nadzieję, że szybko modyfikowany jadłospis będzie pasował mojej rodzince. Trzymajcie za mnie kciuki, bym za ten mocno wyszczuplony budżet smacznie ich nakarmiła. 

Moje kiełki rzodkiewki 


Naleśniki z zieloną soczewicą (wersja pszenna i bez-pszenna)

Wczoraj miałam chęć na niesłodkie nadzienie do naleśników. Zastanawiałam się co by podać rodzinie, przeszukałam spiżarkę i nagle bingo - SOCZEWICA!!! Znalazłam pół torebki zielonej soczewicy. Hmm, ale co dalej. Ugotuję i pomyślę... No i mało, że wyszło mi nadzienie do naleśników, to jeszcze pasta do pieczywa. Bardzo sycące jest to danie, zdrowe wiadomo, no i coś innego. 


Nadzienie
2 szklanki soczewicy zielonej
liść laurowy
2 cebule
2 łyżki koncentratu pomidorowego
3 ząbki czosnku
pieprz
sól
majeranek
kminek mielony
olej


Ciasto na naleśniki - wersja z mąką pszenną

2 kubki mąki (polecam wymieszać mąkę typu 500 z 1850 lub dodać otręby)
1 kubek mleka
2 kubki wody
2 jaja
szczypta soli
łyżka oleju

Ciasto na naleśniki - wersja bez-pszenna

110 g mąki mix schar ( polecam 90 g mąki + 30 gram otrębów gryczanych)
2 jaja
1 kubek mleka
1/2 kubka wody
szczypta soli
2 łyżki oleju

Sos pomidorowy

słoik koncentratu pomidorowego lub puszka pomidorów
oregano
papryka ostra

Ciasto na naleśniki pszenne - wymieszać wszystkie składniki i smażyć na patelni (ja smaruję pędzelkiem z olejem patelnię).
Ciasto na naleśniki bez-pszenne - jaja, olej, sól i mąkę wkładamy do miski, dodajemy 1/2 kubka mleka, mieszamy i powoli dodajemy resztę płynów. Odstawiamy na około 15 min i smażymy naleśniki w ten sam sposób co pszenne. 

Nadzienie
Gotujemy soczewicę w litrze wody, dodajemy liść laurowy i pod koniec gotowania sól. Gotujemy około 20 min do miękkości. Odstawiamy soczewicę z wodą na bok pod pokrywką. Cebulę siekamy w kostkę, rozgrzewamy olej na patelni i lekko szklimy cebulę,  dodajemy czosnek i chwilkę smażymy, do tego dodajemy soczewicę razem z wodą, przyprawiamy do smaku, smażymy aż woda lekko się wchłonie i dodajemy koncentrat pomidorowy. 

Sos
Jeśli korzystamy z koncentratu, to dodajemy odrobinę wody (zależy z jakiego koncentratu korzystamy), tak by był w miarę płynny, dodajemy oregano, paprykę, mieszamy i już mamy gotowy sos. Można dodać odrobinę soli (ja używam kamiennej, dodaję szczyptę). Jeśli użyjemy pomidorów, to blenderujemy je i dalej jak przy koncentracie. 

Tak przygotowanym nadzieniem smarujemy naleśniki. Możemy je potem potraktować jak krokiety, maczamy w jaju i bułce tartej, obsmażamy, lub zapiec w naczyniu żaroodpornym posypane żółtym, tartym serem. Możemy do tego dania podać domowy czerwony barszcz, albo nie. Ja nie podałam ;) 

Pozostałą część nadzienia zblenderowałam i mam pastę do pieczywa ;) 

Wersja nadzienia jako pasta do pieczywa. 






środa, 20 lutego 2013

Zastosowanie sody i octu w domu


Jak już wcześniej pisałam, używam sody oczyszczonej do sprzątania domu. Pomysłów na zastosowanie sody i octu nie wymyśliłam oczywiście sama, kilka wpadło mi z książki „1000 pomysłów zastosowania różnych rzeczy”. Od dawna książka zalega na półce u rodziców, więc poczytałam sobie i znalazłam troszkę pomysłów. Inne podglądałam w necie, a jeszcze inne z przekazu ustnego.  
Sodę i ocet używam głównie w łazience, ale i w kuchni odrobinę.


Preparat do udrażniania odpływów i odkamieniania sedesu
- 3 łyżki sody
- 3 łyżki soli kuchennej (tej najzwyklejszej)
- pół szklanki octu

Mieszam sodę z solą, wsypuję do odpływu/sedesu i zalewam octem. Zostawiam tak na około 15-30 minut, a następnie zalewam ½ litra wrzącej wody. 
Czyszczenie sedesu sodą
Wystarczy posypać sodą wnętrze i wyszorować szczotką, spuszczamy wodę i po temacie. 

Środek do czyszczenia kabin prysznicowych, glazury, umywalek
- ½ szklanki octu
- 1 szklanka wody (ja daję z filtra, ale można dodać ostudzonej przegotowanej)
- kilka kropel płynu do mycia naczyń

Wszystko mieszam i do butelki ze spryskiwaczem. Można tym preparatem myć właściwie wszystko w łazience, można myć okna, lustra.

Pasta z sody
- soda oczyszczona
- trochę wody
Robimy papkę i możemy tym wyczyścić fugi, piekarnik, wierzch piecyka. 


Czyszczenie sodą kuchenki mikrofalowej
Wodę z dodatkiem kilku łyżeczek sody gotować w kuchence około cztery minuty, następnie wytrzeć ścianki kuchenki gąbką lub ściereczką.

Używam również sody do prania, wybiela białe rzeczy, wzmacnia działanie proszku. 
Oczywiście używam sody do ciasta, do racuchów, omletów. 

Ostatnio znalazłam przepis na maseczkę z sody, jeszcze nie próbowałam, ale dla dociekliwych podam przepis na takową. 
Maseczka która usuwa zaskórniki i rozświetla cerę:  zmieszaj  dwie łyżki sody z dwiema łyżkami wody i wymieszaj na gęstą papkę. Nałóż na twarz i zmyj po 20 minutach. Zaskórniki znikną, małe stany zapalne staną się niewidoczne, a cera będzie jasna i rozświetlona. Aby zwiększyć wartość odżywczą maseczki, możesz dodać do niej łyżeczkę miodu.
Soda ma naprawdę wiele zastosowań, ja wykorzystuję tylko odrobinę jej możliwości :)

wtorek, 19 lutego 2013

Oszczędzanie jest eko!!!


W domu, gdzie szuka się różnych oszczędności, należy dbać nie tylko o zmniejszenie wydatków, ale również trzeba zadbać o zdrowie - i zupełnie przypadkiem zostajemy ekologiem. Zabawne, ale ekologia kojarzy nam się zazwyczaj z czymś drogim. Owszem – ekologiczna żywność w sklepach, ekologiczne kosmetyki, chemia, ubrania z ekologicznie czystych tkanin, to wszystko ma sporą cenę, dla osób żyjących z przysłowiowym ołówkiem w ręku niedostępne, poza zasięgiem. Kupowanie rzeczy z etykietką „bio” i „eco” kosztuje, ale prawdziwie ekologiczne podejście, to oszczędność -oszczędność energii, wody, surowców i co najważniejsze środowiska i naszych pieniędzy. Zatem nie jesteśmy pozbawieni możliwości ekologicznego życia. Jeśli chodzi o modę, obecnie rozwiązaniem najbardziej ekonomicznym, a zarazem przyjaznym dla środowiska jest zaopatrywanie się w odzież nie tylko w markowych sklepach i drogich butikach, lecz także kupowanie ubrań za grosze w second-handach czy przekazywanie sobie ich w rodzinie i kręgu przyjaciół. Kupując odzież w sklepie z odzieżą używaną, stajemy się nie biedakami, ale trendy, odzież z drugiej ręki jest zdrowsza. Z takich ubrań zostały już sprane szkodliwe dla zdrowia sztuczne barwniki. Oczywiste jest też to, że lepiej, gdy ubrania trafiają do kolejnego właściciela zamiast do pieca czy na śmieci.  Przemysł odzieżowy jest jednym z tych, w którym produkuje się najwięcej odpadów. Zatem im dłużej odzież będzie w obiegu, tym korzystniej wpłynie to na środowisko. Nawet gwiazdy chwalą się swoimi zdobyczami z lumpeksów, ponieważ wiedzą, że w ten sposób mogą zachęcić innych do takiego eleganckiego gestu dla dobra ziemi. No więc nie ma już co się wstydzić idąc na zakupy do lumpeksu. Rzeczy używane niekoniecznie muszą pochodzić ze sklepów wyżej wymienionych. Używaną odzież można również uzyskać korzystając z wymiany z innymi, jest w różnych miastach ogłaszany tak zwany szafing.  Ja na przykład z ogromną wdzięcznością przyjmuję ubrania dla dzieci po innych dzieciach, również moje dzieci chodzą w ubraniach po starszym rodzeństwie. Oczywiście i my oddajemy ubrania po naszych dzieciach. A z odzieży, która albo nie znajdzie nowego właściciela, albo nie nadaje się już do dalszego noszenia, robię inne przydatne przedmioty – fartuszki, ściereczki kuchenne, torby, narzuty, stroje karnawałowe, łaty do innych ubrań, wypełnienia zabawek, worki na buty, worki bawełniane - na przykład do przechowania domowego, suszonego makaronu. Wyrzucam już zupełnie do niczego nie potrzebne resztki, którymi wycierałam już np. okna, podłogę lub farbę, są to, jak ja to nazywam, szmaty – szmaty.

Druga sprawa to chemia, której używamy w domu, też może być eko, nie tylko dla środowiska, ale i dla nas samych. Zastanawiacie się, co wdychacie przy porządkach, gdy stosujecie różne środki chemiczne do czyszczenia?? Ja odkryłam to zupełnie przypadkiem, po sprzątaniu łazienki zawsze bolała mnie głowa. Po przeprowadzce do naszego domu musiałam zmienić podejście do chemii domowej ze względu na oczyszczalnię przydomową, którą zastosowaliśmy w celu zmniejszenia kosztów wywozu nieczystości.  Nie była to początkowo żadna wizja ekologiczna, to przyszło, jako dodatek. W takiej oczyszczalni nie zaleca się stosowania chloru i innych substancji silnie żrących, wybielających. Zaczęłam więc używać dużo octu i sody, no i nagłe zaskoczenie - wychodzę z łazienki i nie boli mnie głowa!! Jak to nie boli?! Ano właśnie nie boli! Ale te środki są drogie? A skąd!! Tanie i to jak!! No bo jaki jest koszt butelki octu i torebki sody? I tak zaczęła się moja przygoda z eko chemią w domu.
Następny krok, który spowodował, że jestem eko, to zmniejszenie ilości wytwarzanych śmieci, sortowanie śmieci i wywożenie ich przy okazji wizyty w sklepie do odpowiednich pojemników. To nie jest większy problem, a opłata za wywóz śmieci zmniejszyła nam się o połowę. Tektura, szkoło, plastik do pojemników, a leki przeterminowane do apteki.

Kolejny etap, co z odpadami biologicznymi? Nasza rodzina produkuje ich nie mało, wystarczy jeden obiad i 2 kg ziemniaków obrać, do tego kg marchewki i już ile jest odpadów biologicznych. Zatem powstał przydomowy kompostownik, daje nam ekologiczny nawóz i zmniejszenie ilości wyrzucanych śmieci. I znowu nasze oszczędzanie stało się eko.
Używamy głównie zamiast baterii akumulatorków i to też jest eko, a my oszczędzamy na tym.

Inne drobne nasze eko kroki to produkowanie np. jogurtów w domu, nie produkujemy dzięki temu opakowań po śmietanach, serkach, jogurtach, bo robię je w pojemnikach wielorazowego użytku. I znowu jestem eko!! Nie kupię wody, napojów w butelkach typu PET, zabieram wodę, herbatkę owocową lub wodę z domowym sokiem ze sobą. Sadząc drzewa i krzewy owocowe, robiąc ogródek przydomowy dla oszczędności w budżecie, znowu jestem eko, jem eko i zwiększam obszary zielone.

 Rezygnacja z ręczników papierowych też jest ekologiczna i dobra dla naszej kieszeni. Maksymalnie musimy wykorzystywać różne przedmioty np. pudełko po papierze do drukarki, można ładnie okleić i wykorzystać na pamiątki, albo do segregacji dokumentów. Świetne są też pudełka po mleku, te zbiorcze, można ułożyć w nich dziecięce książki i już nie są porozrzucane po dziecinnym pokoju. Albo buty, które są zniszczone, nie nadają się na normalne miejskie użytkowanie, można wykorzystać jako obuwie robocze (my właśnie tak robimy).  Nigdy nie wyrzucam słoików po majonezie, chrzanie itp.   Używam tych słoików do domowych dżemów. A małych, po koncentracie pomidorowym, do przypraw Reklamówki foliowe u nas dostają kolejną szansę, pakuję w nie ubrania/obuwie przy wyjazdach wakacyjnych, używamy jako worki na śmieci. Swoją drogą, staramy się mieć tych reklamówek jak najmniej. Do sklepu zabieram torby tkaninowe, wielokrotnego użytku. To nie problem wsadzić taką do kieszeni lub torebki. Pudełka plastikowe po warzywach lub mięsie, stosuję do rozsad, przechowywania kredek, torebek z przyprawami, kisielem, budyniem, płyt CD, nożyczek - są naprawdę super pojemnikami na rożne, różności.  Ogólnie każdy przedmiot przed wyrzuceniem oceniam dokładnie czy nie ma „mocy” użytkowej.
Jak widać, bycie ekologicznym nie oznacza ogromnych nakładów finansowych. Nasze oszczędne życie okazało się przygodą z ekologią. O ile lepiej człowiek się czuje, że oszczędzając, robi coś jeszcze dla ziemi, a nie tylko dla siebie. Bycie eko nie kosztuje wielkich pieniędzy, kosztuje nasze chęci.  Ktoś kiedyś zapytał mnie, po co świruję z tą chemią, przecież tak dużo nie oszczędzam - normalnie padłam, od ręki padłam. Jak to tak dużo nie oszczędzam, a moje zdrowie, a zdrowie ziemi??? Mały bonus w tym, że mniej wydaję, to dodatkowy bonus. A moje samopoczucie, to już zupełnie mega bonus!! I tak z osoby oszczędnej stałam się ekologiem :).

poniedziałek, 18 lutego 2013

Nasze ciasto niedzielne (wersja pszenna i bezglutenowa)


Nasze ulubione ciasto niedzielne.
Bardzo szybkie, proste w wykonaniu i smaczne.

Rolada z bitą śmietaną.

Ciasto biszkoptowe
6 łyżek mąki
5 jaj
6 łyżek cukru
1 łyżeczka cukru waniliowego
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Krem
400-600 ml śmietany 30%
Kilka łyżek cukru (według smaku)
Ciasto: oddzielić białka od żółtek, utrzeć żółtka z 4 łyżkami cukru, białka ubić na sztywno i dodać 2 łyżki cukru. Wymieszać pianę z białek z żółtkami, dodać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i cukrem waniliowym. Blachę (taką z piecyka dużą) wyłożyć papierem i rozsmarowujemy ciasto po papierze. Piec 20 min. W temperaturze 180 stopni. Zaraz po upieczeniu przełożyć na ściereczkę i zawinąć, zostawić do wystygnięcia.

Śmietanę wkładamy do zamrażarki na około 30 minut. Po 30 minutach wlewamy do wysokiego naczynia, dosypujemy cukier i ubijamy na gęstą masę.

Odwijamy ciasto ze ścierki i smarujemy masą śmietanową, zawijamy roladę i do lodówki na około godzinę. Smacznego!!

Wersja rolady bez mąki pszennej, bezglutenowej (na zdjęciu)
3 jaja
90 g cukru
3 łyżki mąki bez pszennej (mix B schär)
2 łyżki mąki ziemniaczanej
½ łyżeczki proszku do pieczenia (na skrobi kukurydzianej)

Białka ubijamy dodając powoli cukier, Następnie po jednym żółtku dodajemy do białek, delikatnie mieszamy. Mąki mieszamy w osobnej misce razem z proszkiem do pieczenia. Dodajemy po łyżce mąki do jaj i delikatnie mieszamy. Wylewamy masę na dużą blachę wyłożoną papierem do pieczenia.  Pieczemy biszkopt w temperaturze 190 stopni około 12 min. Wyjmujemy na ścierkę od razu po upieczeniu, zawijamy i zostawiamy do wystygnięcia. Smarujemy kremem śmietanowym z przepisu powyżej.

niedziela, 17 lutego 2013

Ze starego nowe :) z cyklu drugie życie rzeczy

Jakiś czas temu przerobiłam zniszczone poduszki na krzesłach. Poduszki były często prane, tak to bywa jak w domu są dzieci. Niestety producent nie przewidział tak dużej częstotliwości czyszczenia i niefarasobliwie podał na metce dotyczącej konserwacji - można prać w wodzie. No to prałam i prałam, aż się przetarły. Szukałam nowych, ale na 6 krzeseł to spory wydatek. Poszłam więc do mojego ulubionego sklepu z używaną odzieżą i za kwotę 22 zł zakupiłam dwie zasłony. Kiedyś kupiłam na wyprzedaży (likwidacja sklepu) całą reklamówkę zamków ekspresowych. Teraz okazały się bardzo przydatne. Oto efekt mojej przeróbki.

Poduszka przed renowacją

Poduszki po renowacji


sobota, 16 lutego 2013

Ciasteczka owsiane

Zapraszam na ciasteczka owsiane!! Bardzo fajna przekąska, nie mamy wyrzutów sumienia podając je dzieciom, są pełne błonnika i nie zbyt słodkie.

Oczywiście owies zawiera gluten, ale mój syn nie ma celiki tylko alergię na pszenicę i może jeść owies i jęczmień. Więc założyłam dlatego kategorię potraw które nie zawierają mąki pszennej. Większość z nich jest bezglutenowych, ale nie wszystkie. 



Przepis na ciasteczka owsiane (u nas w wersji bez pszenicy)

250 g płatków owsianych
100 g margaryny/masła
60 g cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
jedno opakowanie cukru waniliowego
1/2 szklanki mąki pszennej (u nas był miks bez skrobi pszennej)
2-3 jaja
szczypta soli
garść słonecznika łuskanego lub posiekane orzechy
garść śliwek suszonych lub rodzynek
można dodać wiórki kokosowe, ale u nas jest alergia na orzechy, więc nie dodaję ich.

Rozpuszczamy margarynę na patelni, na to wsypujemy płatki owsiane, prażymy je aż lekko się zezłocą. Wyłączamy gaz i wsypujemy cukier, mieszamy by się rozpuścił. W międzyczasie sparzamy śliwki/rodzynki, śliwki siekamy na małe kawałki. Przesypujemy płatki do miski, w drugiej misce mieszamy mąką z proszkiem do pieczenia, cukrem waniliowym i solą. Dodajemy płatki, mieszamy i dodajemy jaja. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia wykładamy łyżką ciastka, pieczemy 16 min w piecyku nagrzanym do temperatury 160 stopni.

piątek, 15 lutego 2013

Odpędź czarne myśli...!!


Nasze nastawienie do braku kasy może być różne, od tego jak podejdziemy do tematu będzie zależało nasze samopoczucie. Możemy się umartwiać, powtarzać sobie jak nam źle, jak długo tak jeszcze, ale wtedy stajemy się niewolnikami całej sytuacji. Niestety, jako niewolnik nie możemy czuć się szczęśliwi, każdy dzień „boli”, każde wyjście do sklepu, myśl o potrzebie zakupu nowej rzeczy - „bolą”. Przestajemy cieszyć się życiem, czujemy się oszukani, gorsi, mamy dość i jedyna myśl, która nam towarzyszy w każdej chwili, to „czy już tak źle będzie do końca życia, ile tak jeszcze”??  Jeśli trafimy w taką klatkę własnego ubolewania nad brakiem pieniędzy, to tylko pogrążamy siebie i rodzinę w braku pozytywnych wizji/horyzontów.  Nie możemy naszego życia wypełniać myśleniem, na co nas nie stać, co mają inni, gdzie wyjadą, co sobie kupią nowego, jakie ciuchy noszą i jak to im jest niesprawiedliwie lepiej niż nam. Takie myślenie jest ZŁE!!!! BARDZO, BARDZO ZŁE!!! Niemal destrukcyjne!!! Może doprowadzić do rozpadu par, odsunięcia się dzieci od rodziców. Co to za radocha np. widzieć tatę/mamę w ciągłym kwasie, słyszeć biadolenie??  By przetrwać czas, gdy mamy trudną sytuację finansową trzeba rodzinę jednoczyć - w jedności siła!!! Musimy na przekór wszystkiemu spędzać ze sobą więcej czasu, ale nie na umartwianiu się, o nie, musimy szukać przyjemnych sytuacji, a czas, gdy mamy ograniczone fundusze wykorzystać na korzystanie z nowych możliwości, których często nie dostrzegamy, gdy mamy więcej w kieszeni. Życie jest za krótkie na umartwianie się. Jeśli tylko jesteśmy zdrowi i mamy co jeść, dach nad głową, a komornik nie puka do drzwi, to jest dobrze, bardzo dobrze.

Pamiętajmy, że nigdy nie jest tak źle, żeby gorzej nie było J. Więc cieszmy się z tego, co mamy.

(…) Odpędź czarne myśli!  Dość już twoich łez!  Niech to wszystko przepadnie we mgle!  Bo nowy dzień wstaje, Bo nowy dzień wstaje, Nowy dzień! (…)  – takie słowa napisał kiedyś Stachura. Nowy dzień, nowe nastawienie, koniec łez, koniec czarnych myśli, nowy dzień, nowy dzień!!!! Dajmy dzieciom piękne wspomnienia, nie musimy ich kupować, bo te wspomnienia my tworzymy!! To od naszego nastawienia zależy jak będą dzieciaki postrzegać biedę. Bieda to nie wstyd i hańba, to stan naszej kieszeni. Nie zatruwajmy życia znajomym naszym brakiem pieniędzy!! Spotkanie ze znajomymi traktujmy, jako odskocznię od naszych problemów!! Pamiętajmy, że dla jednego nie możność wyjazdu do dobrego hotelu na 2 tygodnie w wakacje, to bieda, a dla innego sam wyjazd wakacyjny to problem. Czasem możemy urazić innych. Z demonstracją swojego żalu na brak kasy musimy postępować bardzo ostrożnie.

 Musimy postanowić sobie jedno, że brak funduszy, to nie stan naszego umysłu tylko kieszeni!!!

 Nie wyjechanie na wczasy zagraniczne, nie posiadanie domu z basenem, nie mówi nic o nas, jako o człowieku. Nasze czyny świadczą o nas, a nie zasobność kieszeni. Otwartość na ludzi, uśmiech, empatia, to jest miara człowieczeństwa, a nie ilość zer na koncie. Jak już wcześniej napisałam, że czasem zasobniejszy portfel nas ogranicza, tak dokładnie! Powiedzcie mi, ile razy byliście w muzeum w swoim mieście lub w najbliższej okolicy?? Jak często spoglądacie w górę i patrzycie na budynki, które mijacie, a jak często chcecie poznać ich historię? Myślę, że rzadko, czasem może nawet wcale.  Prawie każde muzeum ma dni bez opłat, bezpłatne, nawet nie zdajecie sobie sprawy, jacy super często pracują tam ludzie, czekają na takich, którzy chcą coś poznać, dowiedzieć się, posłuchać. Oni tam tkwią dniami i często traktuje się ich jak niewidzialnych, a oni mają niesamowita wiedzę. Powiem Was, że nie spotkałam jeszcze muzeum bez takiej osoby. A jakie ciekawostki mają do opowiedzenia. Nie zaznali byśmy tego mając kasę, może nawet nie poszli byśmy do muzeum. Kto wie, może wybrali byśmy kino, lody, basen. By poznawać, zwiedzać, dobrze się bawić, nie potrzebujemy wiele. Musimy przede wszystkim zacząć dostrzegać pozytywne strony naszej sytuacji, skończyć z umartwianiem się. Musimy wstać pewnego dnia i postanowić zmiany!! Ale zmiany muszą być radykalne. Zmieńmy swoje nastawienie. Jeżeli np. są ferie zimowe i ktoś bierze urlop, to otoczenie zadaje pytanie: gdzie jedziecie? Prosta odpowiedź – nigdzie! Chcę spędzić czas z rodziną. Wyjazd nie jest mi do tego potrzebny.

Musimy również uczciwie ocenić, co możemy zmienić, np. znaleźć dodatkową pracę, każdy pieniądz ponad to, co mamy, to już zysk. Znam jednego faceta, który nie miał forsy, ale równocześnie nie chciało mu się wstawać do pracy no, bo jaki głupi wstaje za 1000 zł, koszty na przejazdy i inne wydatki około 200 zł, więc za 800 zł, to według niego idiota się trudzi. Ale nie miał tych 800 zł. Jego pokrętnego myślenia nie rozumiem do dziś.

Musimy więc pewnego dnia usiąść i zrobić bilans, co możemy zrobić, co zmienić, a przede wszystkim zmieńmy swoje nastawienie do problemu. Rozpacz, narzekanie, umartwienie nie pomaga.

Powtórzę się, ale dla mnie to ważne – problemy finansowe, to nie stan umysłu, tylko czasowy brak pieniędzy w kieszeni!!

czwartek, 14 lutego 2013

Jadłospis obiadowy (04.02-10.02)

Jadłospis

Poniedziałek
Krupnik z kaszą jaglaną
Babka ziemniaczana z cebulą i kawałkami kurczaka (obrany z rosołu)

Wtorek
Krupnik z kaszą jaglaną
Ziemniaki, jajo sadzone, brokuły gotowane

Środa
Ogórkowa z ziemniakami
Kurczak w sosie pomidorowym, ryż, ogórek w sosie curry (zapasy z lata w spiżarce)

Czwartek
Ogórkowa z ziemniakami
Zapiekanka ziemniaczana z boczkiem

Piątek
Pomidorowa z ryżem
Naleśniki z serem białym

Sobota
Pomidorowa z ryżem
Pizza domowa z wędliną/tuńczykiem

Niedziela
Kurczak pieczony, frytki (domowe z ziemniaków, nie z mrożonki), surówka z białej kapusty z rodzynkami








środa, 13 lutego 2013

Szybki sos czosnkowy

Jeśli ktoś lubi czosnek, to i polubi taki ekspresowy sos czosnkowy. Sos jest fajnym dodatkiem do różnych dań - pizza, placki ziemniaczane, gyros, kanapki z wędliną, a nawet do klasycznego schabowego. 

Robię go w następujący sposób:
3 łyżki majonezu
150-200 g jogurtu naturalnego ( ja używam domowego jogurtu naturalnego)
zioła - tymianek, cząber, bazylia, odrobina rozmarynu. (według smaku)
2 ząbki czosnku (oby nie chińskiego)

Obieram czosnek, ścieram na drobnej tarce i mieszam z majonezem, jogurtem i ziołami. Koniec, sos gotowy :)


wtorek, 12 lutego 2013

Domowy jogurt - przepis



Lubimy jogurty, ba - nawet bardzo lubimy, ale by każdy z nas "poczuł" smak, to jogurtu musi być około litr. Np. jogurtu truskawkowego to koszt 4-6 zł. Jak pomnożymy to przez 20-30 dni w miesiącu, wychodzi nam kwota 80-120 zł w wersji tańszej, a w opcji droższej gdzie kupimy jogurt z kawałkami owoców to koszt 120-180 zł. Za taką kwotę mamy jogurt z różnym składem, często o wątpliwych wartościach odrzywczych. Zaś jogurt uzyskany w domu kosztuje nas około 3 zł za litr jogurtu truskawkowego o znanym nam składzie. Więc miesięcznie wydajemy na niego 60 - 90 zł. Oszczędność całkiem nie mała. Przyjmując kwotę 180 zł za jogurt zakupiony w sklepie, a kwotę 90 zł jako koszt produkcji jogurtu w domu, to oszczędzamy miesięcznie około 90 zł. Gdybyśmy mieli dostęp do taniego mleka od rolnika, to zysk byłby jeszcze większy. 
Produkcja domowego jogurtu nie jest trudna. Pierwsze jogurty produkowaliśmy w termosie, później zakupiliśmy jogurtownicę, koszt około 50 zł. W jogurtownicy dużo wygodniej produkuje się jogurt, jest od razu podzielony w porcje, które można zabrać ze sobą np. do pracy lub przechowywać w lodówce. Dzięki produkcji jogurtu w domu dodatkowo oszczędzamy na kosztach zakupu śmietany do zabielania potraw, używamy w tym celu domowego jogurtu naturalnego. Prawdę powiedziawszy, obcenie praktycznie wyeliminowaliśmy śmietanę z naszej diety. Stosujemy ją tylko do ciast i deserów.
Większość sklepowych jogurtów zawiera cukier, mleko w proszku, zagęstniki. Mleko w proszku występuje zawsze, dla jednych to dobrze, dla innych nie bardzo. W sumie nie wiem, po co mi to mleko w proszku w jogurcie, chyba w celu uzyskania gęstego jogurtu. Domowy jogurt mogę mieć w smaku, jaki mi przyjdzie do głowy w chwili otwierania lodówki, nie muszę podejmować decyzji w sklepie, na co będę miała chęć. Jogurty smakowe mają bardzo dużo przedziwnych dodatków, wystarczy spojrzeć na listę składników – jest zazwyczaj bardzo długa. Warto zwrócić uwagę, czy jogurt rzeczywiście zawiera owoce, czyli wsad owocowy, zwany też pulpą owocową. Niestety, skład takiego wsadu nie jest precyzowany, a często kryją się w nim barwniki, aromaty i żelatyna. Pamiętajcie, że jogurty smakowe zawierają zazwyczaj dużo cukru albo aspartamu (tego ostatniego lepiej nie podawać dzieciom, może powodować biegunkę). Ilość cukru wiąże się z wyższą kalorycznością produktu. W 300 mililitrach smakowego jogurtu może być aż sześć łyżeczek cukru!!!!! No pychota, ależ słodziutki przysmaczek!!! W jogurtach smakowych popularne jest stosowanie barwnika z aronii czy buraków, z tym to jeszcze pół biedy, ale często też dodaje się koszenilę – barwnik otrzymywany z odwłoków mszyc żerujących na kaktusach. Im więcej barwników i aromatów w jogurtach, tym mniej naturalnych składników.

Jak już sobie poczytamy skład jogurtów smakowych, tak uwielbianych przez naszych milusińskich, to wizja tego wszystkiego, co siedzi w tych słodkich i pachnących cudach, może odebrać nam apetyt na długo.
Ja wybieram jogurt naturalny zrobiony w domu i dzieciom dokładam sama dodatki owocowe - rodzynki (sparzone), jabłko starte + cynamon + odrobina wanilii, rozmrażam i miksuję mrożone truskawki, stosuję domowe powidła, banan. A dla dorosłych suszone owoce, otręby.

Przepis na domowy jogurt

1 litr mleka (właściwie może być każde, ale raczej tłuste, smak lepszy i konsystencja kremowa)
150 g jogurtu naturalnego (na start) - ja kupuję bałkański lub typu greckiego

To wszystko, co potrzeba nam na początek. Podgrzewamy mleko około 20 min, nie doprowadzając go do wrzenia (no chyba, że mamy mleko UHT, jemu tam już wszystko jedno), następnie studzimy do temperatury 30-40 stopni i mieszamy z gotowym jogurtem, przelewamy całość do termosu (lub jogurtownicy) i odstawiamy na około 12-14 godzin.
Po tym czasie mamy gotowy jogurt naturalny. Kolejny jogurt nastawiamy już używając własnego jogurtu, czyli koszt zakupu jogurtu naturalnego ponosimy tylko raz. My mamy w jogurtownicy 6 słoiczków, 5 zjadamy, a jeden jest na kolejną porcję jogurtu. Jogurt najlepiej smakuje po schłodzeniu.

Jogurt można doprawiać smakowo, jak nam się zamarzy, można go wykorzystywać w kuchni, gdzie z powodzeniem zastępuje śmietanę.

Na koniec bardzo ważna uwaga. Przy produkcji jogurtu należy dobrze myć i wyparzać naczynia. Jeżeli tego nie zachowamy, to kolejne porcje jogurtu wyjdą nam "lejące" i kwaśne. Wtedy trzeba od nowa wystartować z kupnym jogurtem. 

Urządzaj, zmieniaj i nabywaj nowe umiejętności...

Mając ograniczone środki finansowe, trzeba ograniczać wszelkie wydatki, które są zbędne. Podstawą takich ograniczeń jest zmiana nawyków z „idziemy kupić”, na „sprawdźmy” czy nie mamy tego w domu, lub nie da się tego „zrobić”. Szybki przykład: jesienią chciałam przesadzić jeden spory kwiatek doniczkowy i nie miałam doniczki białej, pasującej do reszty. No cóż za problem, doniczka z tworzywa nie kosztuje fortunę. Ale, ale, mam w komórce doniczkę brązową, odpowiedniego rozmiaru. Pomalowałam ją białą farbą, polakierowałam bezbarwnym lakierem akrylowym i mam super doniczkę, szczerze mówiąc jedną z ładniejszych, jakie mam. No cóż, można by stwierdzić, że nie wyszło taniej, bo farba, lakier. Ale to było już w domu. Biała farba i lakier bezbarwny przydają się do tak wielu rzeczy, że naprawdę warto mieć to w domu.
Zatem musimy zacząć inaczej postrzegać rzeczy do wyrzucenia. Nie zachęcam oczywiście do tak zwanego zbieractwa śmieci i rupieci, ale do rozsądnej oceny. Potem w chwili, jak potrzebujemy coś do domu, trzeba najpierw przeszukać nasze zasoby.
Podobnie zrobiłam przy strojach karnawałowych dla dzieci. Kolejny przykład to nasza taczka. Miała ona kilka lat, przeżyła budowę domu i sporo woziła drewna na opał, a że wysokiej jakości nie była, to  zaczęła się zwyczajnie rozpadać. Pierwsza myśl - kupmy nową. No tak, ale był to moment, gdy nie było absolutnie szansy na zakup nowej taczki, więc co robić?? Mąż wyszukał blachę z obudowy starego komputera, trochę śrub, posiedział jeden dzień przy niej, no i co zyskaliśmy - świetną taczkę, masywną i wytrzymałą, ciężko tak solidnej konstrukcji kupić taczkę, a jeśli już, to za całkiem niezłą sumę.
Tutaj dochodzimy do innej sprawy. Musimy oprócz zmiany nawyków zakupowych, zmienić nasze podejście do życia i naszych umiejętności. Nie ma twierdzenia: nie umiem, nie wiem jak to zrobić, nie dam rady. Takie słowa nie istnieją! W chwili, gdy nie ma pieniędzy, to taka zmiana jest konieczna i wręcz obowiązkowa. Od tego mamy internet, znajomych i biblioteki. Czasopisma też są wartościowe, ale pamiętajmy – nie kupujmy. Idźmy do saloniku prasowego i postójmy dokładnie wertując i czytając. Nikt nas nie wyrzuci, co najwyżej zabolą nas nogi J.
Czy układanie glazury, terakoty jest kosztowne? Oczywiście!!! Koszt położenia 1m2 płytek zaczyna się od kilkudziesięciu złotych. Czy jest to trudne? Fakt. Wymaga pewnej wiedzy i umiejętności oraz cierpliwości. Ale czy „fachowcy” urodzili się z tymi umiejętnościami? Oczywiście, że nie. Po prostu się tego nauczyli. Czemu my nie możemy? Możemy!!! Wystarczy chcieć, a chcieć, to móc J.
Marzyliśmy o wykończeniu cokołu wokół domu, ale mało, że brak finansów na klinkier, to jeszcze na fachowca już zupełnie. Nagle trafiła się okazja zakupu gresu imitującego kamień w baaaardzo atrakcyjnej cenie (zalało magazyn i rozpadły się opakowania). No tak, ale kto to ma ułożyć? Jak to, kto?? Mąż!! Nie robi tego na co dzień, nie jest to jego praca, więc należy to potraktować jako super rozrywkę, odreagowanie od codzienności w pracy. Układał popołudniami (nie wszystkie) cały sezon letni, no i ułożył piękny cokół i wykończył schody. W sumie niewielkim nakładem finansowym mamy spełnienie naszych pragnień. A mąż się cieszy, że zarobił „wielkie” pieniądze, które by wydał na fachowca. Przy okazji zdobył nowy zawód J.  
Ja z kolei od wielu lat strzygę całą naszą rodzinę. Nie jestem zawodową fryzjerką. Ale wystarczy dobra maszynka do strzyżenia, nożyczki oraz książka z biblioteki oraz internet.. Nie stać mnie na kosmetyczkę, ale nie chcę rezygnować z dbania o swój wygląd. Nauczyłam się regulacji brwi, farbowania brwi i rzęs, domowych maseczek, czyli mam „gabinet kosmetyczny” w domu. Mąż opanował „sztukę” farbowania moich włosów.
Czyli nie mając kasy, też można realizować swoje pragnienia. Tak można robić różne rzeczy dla domu i siebie.
Trzeba tylko chcieć!

poniedziałek, 11 lutego 2013

Chleb pszenny ziołowy

Znalazłam przepis na chleb, wyglądał zachęcająco, no to ciach już rosną drożdże. Chwila wahania, ale moment twórca przepisu zapomniał podać temperatury. Chleb już w foremkach czeka na wjazd do pieca, a ja nie wiem na ile stopni mam nagrzać piecyk. No trudno ryzykuję, udało się, więc mogę się z Wami podzielić przepisem, bo chleb wyszedł naprawdę przepyszny.

1kg mąki pszennej typu 650
1 l letniej wody
10 dag drożdży
3 szklanki otrębów pszennych
3 łyżki siemienia lnianego
po 1 łyżce: soli, cukru, tymianku, kolendry, majeranku, pieprzu ziołowego (nie miałam ziołowego, dodałam pół czarnego, ziołowy będzie łagodniejszy)

Drożdże, cukier, 5 łyżek mąki wymieszać z 1/2 szklanki wody, odstawić na około 20-30 minut (zależy jak mamy ciepło w kuchni). Wszystkie składniki sypkie wymieszać w dość dużej misce (zioła zmieliłam w młynku do kawy przed wymieszaniem z mąką), dodać wodę i dokładnie wszystko połączyć. Odstawiamy do wyrośnięcia na około 30 minut. Dwie keksówki wysmarować margaryną, dość grubo. Po 30 minutach przekładamy ciasto do foremek i odstawiamy na około 20 minut, tak by blaszki były pełne, czas jest zależny od temperatury otoczenia. Piecyk nagrzewamy do temperatury 220 stopni, jak już mamy pełne blaszki, chleb wstawimy do piecyka na 15 minut, po tym czasie zmniejszamy temperaturę na 200 stopni i dopiekamy jeszcze chleb przez 50 minut. Wyjmujemy z blaszki zaraz po upieczeniu.
Oto efekt mojego eksperymentu. Chleb ma wyraźny smak, wystarczy posmarować masłem i już jest super kanapka.



Stroje karnawałowe za grosze

Strój "Czarodzeja" wykonany został z:
  • spodnie wizytowe, czarne
  • bluza bawełniana Mamy, czarna
  • bluzka cekinowa (babcia czyściła kiedyś szafy i schowałam na "przyda się")
  • czapka wykonana z papieru, kawałków dzianiny welurowej i złotych gwiazdek wyciętych z papieru samoprzylepnego
  • różdżka z chińskiej pałeczki, oklejonej złotym papierem
  • makijaż - brokat na policzki i brwi
  • peleryna z zeszłego roku od stroju Zorro (zakupiona w sklepie z używaną odzieżą)




Strój "Szalonego Naukowca" wykonany został z:
  • spodnie beżowe, sztruks
  • koszula w kratkę
  • muszka ślubna taty
  • fartuch z koszuli zakupionej w sklepie z odzieżą używaną (koszt 4 zł)
  • identyfikator wyjęty z szuflady ;)
  • gogle ochronne taty do majsterkowania
  • trzy stare długopisy


Strój "Baba Jagi"  to jest cała sukienka i kapelusz wykonana został z:
  • koszula zakupiona w sklepie z używaną odzieżą (wcześniej była potrzebna na zajęcia plasyczne starszego brata, rok temu przydała się do przebrania za clowna)
  • kawałków siatek przeciw owadom
  • kapelusz nowy z metką, zakupiony w sklepie z używaną odzieżą (koszt 5 zł)
  • stara spódnica mamy



Podsumowując: stroje karnawałowe kosztowały 9zł.


niedziela, 10 lutego 2013

Chleb pszenny na zakwasie żytnim

Dziś przepis za chleb pszenny







Jest to bardzo prosty w wykonaniu chleb. 
Jednak musimy posiadać gotowy zakwas, by wypiekać taki chleb.
Potrzebne nam będzie:
  • 500 g mąki pszennej (najlepiej typu 650, ale każda się nadaje)
  • 1 czubata łyżeczka soli
  • 400 ml letniej wody
  • 8 g świeżych drożdży
  • 150 g zakwasu żytniego (można wieczorem zaktywować zakwas - 50 g zakwasu żytniego z lodówki + 50 g mąki pszennej + 50 ml. wody)
Wszystkie składniki łączymy, przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 2 h. Następnie przekładamy do keksówki i odstawiamy do wyrośnięcia na kolejne 60 min. Piekarnik nagrzewamy do temp. 210 stopni i pieczemy chleb 40 minut. Chleb od razu wyjmujemy z foremek po upieczeniu i odstawiamy do wystygnięcia na kratce. 

piątek, 8 lutego 2013

O przyprawach słów kilka

Nie używamy w domu przyprawy typu Vegeta. Zastępuję ją ziołami, co również nie jest bez znaczenia, bo omijamy ten słynny glutaminian sodu, który ma dość złą opinię wśród lekarzy i dietetyków. Nie kupujemy również gotowych mieszanek przyprawowych typu - do sosu, do kotletów, do pieczeni, kostek rosołowych itp. Sami dobieramy skład korzystając z pojedynczych przypraw i ziół. 
Większość gotowych przypraw składa się głównie z soli, niezdrowych tłuszczów trans, które potocznie nazywane są tłuszczami zabójcami, oraz z ulepszaczy smaku i zapachu, dodatków chemicznych, szczypty suszonych ziół i warzyw. Ten, kto je wynalazł, miał łeb na karku! Kilogram soli kosztuje około 50 gr, do tego niewielka ilość ziół, przypraw oraz mnóstwo chemicznych dodatków - 2 zł. Razem 2,50 zł. Tymczasem ta słona chemia w proszku w sklepie kosztuje nawet 40 zł za kilogram. Zatem rezygnacja z tej pozycji w naszej kuchni wychodzi nam nie tylko na zdrowie, ale i dobrze robi dla kieszeni. 


Jednak wiele osób idzie na łatwiznę i kupujemy gotowe przyprawy - kostki rosołowe, mieszanki do grilla, sosy w torebkach, dodatki typu Warzywko, Jarzynka, Vegeta. Ba, z kostek rosołowych i gotowych przypraw w torebkach korzystają nawet znani kucharze występujący w telewizji. Wielkie koncerny spożywcze płacą im za to olbrzymie pieniądze, a ich koledzy po fachu podchodzą do tego faktu jak do zaprzedania siebie, bo w żadnej profesjonalnej, wysmakowanej kuchni nie ma miejsca na chemiczne półprodukty. Czytacie czasem skład takich cudów nauki chemicznej??  Kostki rosołowe nawet w ponad 50 proc. składają się z niezdrowej soli, w takiej kostce mięsa jest zwykle 0,5-2 proc. Ponadto znajdują się w niej tłuszcze roślinne trans,  zawiera ona tylko 1-2 proc. suszonych warzyw, czyli nie ma żadnych wartości odżywczych. No ale jedno na pewno co ma, to konkretną cenę. 
Co zatem wynika z powyższych rozważań?? Kupuj z głową - kilogram soli kosztuje niecałą złotówkę, do tego cena suszonego czosnku, szczypta ziół czy imbiru? Ceny soli smakowych - czosnkowych, ziołowych to około 11 zł za kilogram, inna nawet 60 zł, a jeszcze inna aż 165 zł, bo sprzedają nam ją z wymyślnym młynkiem. To aż 165 razy drożej, niż kosztuje sól warzona, używana powszechnie w polskiej kuchni. Zatem wystarczy trochę chęci i mamy tanio i duuużo zdrowiej. 

U nas w kuchni używamy:  soli, majeranku, papryki słodkiej, papryki ostrej, jałowca, cząbru, rozmarynu, tymianku, lubczyku, gałki muszkatołowej, czosnku, curry, kurkumy, cynamonu, imbiru, oregano, bazylii, liści laurowych, estragonu, szałwii, ziela angielskiego, goździków i różnych rodzajów pieprzu (kupujemy tylko w ziarnkach, nie mielony). Z tego zestawu można naprawdę wyczarować smakowite dania. Pełne aromatu, smaku, a dzięki temu też z powodzeniem zmniejszymy ilość soli w potrawach, co nie jest bez znaczenia dla naszego zdrowia. Na początku, gdy zrezygnujemy z przypraw zawierających glutaminian sodu, potrawy będą nam się wydawać bez smaku, no bo to właśnie robi ten cud chemiczny. Pamiętacie reklamę "JEST SMAK", to chyba była reklama Kucharka. Nie ma co się zrażać, moja rodzina po tygodniu zapomniała o Vegecie, a obecnie dania nią przyprawione uważa za słone i bez konkretnego smaku. Czują tylko sól, nic po za tym. Czyli z tym "jest smak" to trochę nie do końca. 

Oszczędności trzeba szukać wszędzie, a przy okazji takich oszczędności dostajemy wartość dodaną ZDROWIE!!!

czwartek, 7 lutego 2013

Przebrania karnawałowe za 9 zł dla całej trójki

Ostatnie chwile karnawału, dzieci imprezują na balach szkolnych i tu pojawiło się kolejne wyzwanie dla mamy z pustymi kieszeniami. Ale co tam, chwila rozmowy z dziećmi i ustalone zostało, że jeden syn chce być "Szalonym Naukowcem", drugi "Czarodziejem", a córka "Baba Jagą". Jak zawsze pierwsze kroki skierowałam do sklepu z odzieżą używaną, tam jest skarbnica pomysłów i potrzebnych rzeczy. Zakupiłam białą, męską koszulę, rozmiar XXXXXXL, w celu stworzenie fartucha dla naukowca za całe 4 zł i kapelusz dla Jagi, nówka z metką za 5 zł. W domu znalazłam koszulę, którą też kiedyś kupiłam w "ciuchlandzie", najstarszemu na zajęcia plastyczne w szkole. Taka pstrokata, ale w odcieniach szarości i fioletu, no i strzał w dziesiątkę - wspaniały początek sukni Jagi. Do tego resztki siatek przeciw owadom, czarnych, stara czarna żorżetowa spódnica i mam gotową Baba Jagę. No to teraz pora na czarodzieja. Mam zwyczaj chowania dziwnych ciuchów "na przyda się", no i odnalazłam cekinową niebieską bluzkę, do tego czarną pelerynę od zeszłorocznego Zorro, dwie godziny pracy i już miałam gotową czapkę welurową w gwiazdki dla czarodzieja i złotą różdżkę. Hurra, Czarodziej gotowy. Został naukowiec, no to do dzieła. Obcięłam rękawy na odpowiednią długość, podszyłam, z odciętych rękawów zrobiłam dolne kieszenie fartucha, znalazła się w domu muszka, koszula w kratkę, beżowe spodnie, gogle do prac warsztatowych (od Taty), żel do postawienia włosów i czarna farbka do malowania twarzy (makijaż imitujący wybuch w laboratorium). Zrobiliśmy identyfikator - dr. nauk bezużytecznych - Instytut Mózgologii Społecznej i mamy gotowy strój "Szalonego Naukowca". Takim oto sposobem powstały trzy przebrania za całe 9 zł. Dzieci zachwycone, córcia chyba będzie spała w "nowej" sukni Baba Jagi po balu. Uwielbiam te chwile, gdy w dziecięcych oczach widać tę iskierkę szczęścia, zachwytu i spełnienia. 



Zdjęcia i opis strojów

Tłusty czwartek - przepis na faworki





Dziś Tłusty Czwartek, nie żałujmy sobie,
Zjedzmy pączka i faworka, niech będzie uciecha, 
Przecież Wielki Post nas czeka,
Będziem zrzucać kilogramy w czasie postu,
Nawet to fakt  wskazany.
Więc do dzieła mili moi, niechaj dziś nasz brzuch swawoli,
Buźka nasza niech się cieszy bawmy się dziś tak jak dzieci.
SMACZNEGO!!!!

Polecam usmażyć domowe pączki, a jeśli nie lubicie, nie potraficie, nie macie chęci, to proponuję oszczędnościowe faworki, przepis jest wiele lat w rodzinie, był dobry w czasach PRL-u, to i nada się na oszczędne czasy. :) 

Przepis na kryzysowe faworki :) 

- 1 całe jajo
- 1 żółtko
- 2 szklanki mąki
- 1/2 szkl. śmietany 
- 1 łyżeczka octu

Wszystko razem zagnieść, potem mocno uderzać wałkiem ciasto, aż powstaną pęcherze. Rozwałkować na placki i wycinać faworki (prostokąt z nacięciem w środku i przewlekamy jeden koniec przez przecięcie). Smażymy na smalcu/oleju na złoty kolor. Aby tłuszcz się nie palił wrzucamy pół surowego ziemniaka. 
Po usmażeniu układamy na ściereczce, a potem jak odcieknie tłuszcz, na talerzu i posypujemy cukrem pudrem, można wymieszać cukier puder z cynamonem/wanilią. 

Pączki na zdjęciu są z zeszłorocznego tłustego czwartku, wczoraj smażyłam wersję bez mąki pszennej, niestety zapomniałam sfotografować. 

środa, 6 lutego 2013

Byłam na zakupach dziś..

Dziś byłam na zakupach w markecie, ach co to były za zakupy. Pojechałam tam z bonem rabatowym na 10% całej sumy zakupów. Oczywiście jak zawsze pojechałam z listą, która była tworzona tydzień, by jak najkorzystniej wykorzystać te 10% rabatu. Kupon dostałam za punkty lojalnościowe. Co prawda do koszyka wrzucałam tylko produkty potrzebne, zero fanaberii. Mąż dopiero co po wypłacie, więc miałam z czym zaszaleć. Mam teraz zapas mąki, cukru, kaszy, ryżu, papieru toaletowego do końca miesiąca, smarowidła też wystarczy na długo. Syn zajrzał do torby po naszym powrocie i zaskoczony zapytał - to co teraz tylko "masło" będziemy jeść? Zaśmiałam się - nie tylko, popijemy olejem - kupiłam 3 l. :)) Wózek był pełen po brzegi, przy kasie za to dość miłe odliczanie w tył, jakie miłe dźwięki kasa wydaje z siebie jak odlicza kwotę w dół. Można by powiedzieć, że oszczędność nie jest ogromna, phi 10%, no tak, ale zawsze to przy dużych miesięcznych zakupach daje zysk. Staram się łapać rozsądne okazje. Przed zakupami zawsze przeglądam aktualną gazetkę z marketu w internecie i ewentualnie wypisuję interesujące mnie promocje. Niestety z promocjami trzeba bardzo uważać, sprawdzać datę przydatności do spożycia/użycia, znać ceny (czasem cena zostaje sztucznie podniesiona, a potem od niej rabat naliczony), sprawdzać cenę za kilogram, litr i porównywać z innymi podobnymi produktami. Ale są promocje, z których oczywiście warto skorzystać, jednak ja do wszystkich promocji podchodzę bardzo ostrożnie i pilnuję cen dokładnie. To już nawyk/odruch. Łapcie promocje, ale dobre promocje!!

Zakwas do chleba - przepis i zalety zdrowotne




By rozpocząć pieczenie chleba na zakwasie, musimy mieć zakwas :) Zakwas najlepszy jest po pięciu dniach od chwili rozpoczęcia fermentacji. Podam Wam prosty przepis na własny zakwas, z którego potem będzie można upiec aromatyczne i zdrowe pieczywo. Tak, tak, zdrowy, bo zawarty w pieczywie kwas mlekowy powstający podczas fermentacji zakwasów, stymuluje pracę przewodu pokarmowego poprzez aktywację enzymów trawiennych, a dodatkowo usprawnia proces wydalania skutecznie zapobiegając zaparciom. Obecność w chlebie kwasu mlekowego ma też niebagatelny wpływ na ilościowy i jakościowy skład mikroflory przewodu pokarmowego. Zakwaszenie treści jelitowej hamuje rozwój potencjalnie chorobotwórczych bakterii, a sprzyja zasiedleniu jelita grubego przez prozdrowotne bakterie probiotyczne. Ich obecność nie tylko gwarantuje lepsze wykorzystanie składników odżywczych zawartych w żywności, ale ma też swój udział w procesach odpornościowych, zapobiega chorobom cywilizacyjnym, w tym niektórym nowotworom. Także wartość żywieniowa chleba na zakwasie jest dużo wyższa w porównaniu z pieczywem wyprodukowanym wyłącznie na drożdżach. Fermentacja zakwasu sprzyja wytwarzaniu dużej ilości witamin, zwłaszcza z grupy B.  Dodatkowo, w chlebie upieczonym z zakwasem znacznie lepiej zachowują się cenne dla zdrowia substancje, wrażliwe na działanie wysokich temperatur podczas wypieku. Dotyczy to na przykład kwasu foliowego. Podczas fermentacji zakwasu następuje rozkład, czemu sprzyja uwalnianie cennych pierwiastków, jak cynk, magnez, wapń czy żelazo. Dowiedziono także, że pod wpływem fermentacji w zakwasie następuje degradacja mikotoksyn - niezwykle groźnych dla zdrowia związków produkowanych przez pleśnie. Niewłaściwe przechowywanie ziarna lub mąki może powodować, że związki te obecne są w mące w znacznych ilościach. Ponieważ substancje te odporne są na działanie wysokiej temperatury, pozostają one w niezmienionej postaci w produkcie finalnym. Ich spożywanie może mieć fatalne dla zdrowia skutki, z rozwojem choroby nowotworowej włącznie. Wykazano jednakże, że rozwijające się w zakwasie bakterie mlekowe efektywnie eliminują to zagrożeni. Zatem jak widać, pieczywa na zakwasie to samo zdrowie, o smaku już nie wspomnę. W sklepach zazwyczaj spotykamy wersje trochę oszukane, niby to na zakwasie, ale smakiem tego nie dowodzą. Prawdziwe chleby wypiekane na zakwasie mają dość wysoką cenę. 
Aby uniknąć oszukiwania nas lub wysokich kosztów pieczywa, dobrze pomyśleć o wypieku własnego chleba na zakwasie w domu. Ale aby móc go piec, musimy wyprodukować zakwas. 


Przepis na zakwas

Potrzebna nam będzie mąka, najlepiej żytnia, może być typu 720, ale ja najczęściej używam razowej (sama mielę ziarno żyta, niestety mąka razowa jest droga), poza mąką potrzebujemy letnią wodę, słoik, nie mniej niż litrowy, bawełnianą szmatkę, sznurek lub gumkę. 

Pierwszy dzień fermentowania zakwasu
Do słoika odmierzamy 100 g mąki + 100 ml. wody, mieszamy dokładnie, przykrywamy szmatką, zawiązujemy sznurkiem lub zapinamy gumkę (wszelkie robaczki uwielbiają zapach fermentowanej mąki) i odstawiamy w ciepłe miejsce, najlepiej gdy temperatura jest nie niższa niż 23 stopnie. Po 12 godzinach mieszamy zawartość słoika i odstawiamy na kolejne 12 godzin.

Dzień drugi
Do słoika z już 24 godzinnym zakwasem odmierzamy 100 g mąki + 100 ml wody, mieszamy, przykrywamy i odstawiamy na 24 godziny w ciepłe miejsce.

Dzień trzeci
Do słoika z już 48 godzinnym zakwasem odmierzamy 200 g mąki + 200 ml wody, mieszamy, przykrywamy i odstawiamy na kolejne 24 godziny w ciepłe miejsce. 

Po upływie 72 godzin mieszamy zakwas, przykrywamy i odstawiamy na kolejne 24 godziny, po tym czasie mieszamy, zakrywamy i odstawiamy na 24 godziny w ciepłe miejsce.

Po upływie pięciu dni mamy gotowy zakwas do wypieku chleba. Zakwas ma lekko winny, ostry zapach, nie powinien spleśnieć, mieć mdłego zapachu. 

Tak przygotowany zakwas możemy schować do lodówki, potem go dokarmiamy, gdy jego ilość znacząco się zmniejsza przez używanie do wypieku chleba. 




Polecam odcinek "Wiem co jem" - Chleb


wtorek, 5 lutego 2013

Mieć hobby, to ważna rzecz!!

Już poznaliście dwie ważne zasady by żyć oszczędnie: 


- prowadzenie kontroli wydatków (zapisywania dochodów i wydatków), opisałam dokładnie to  tutaj Budżet domowy
- planowanie jadłospisu (by zaplanować zakupy), więcej na temat planowania tutaj Planowanie to podstawa

Zatem czas na kolejne rady, jak żyć oszczędnie.
Życie oszczędnej rodziny nie musi być smutne, szare i pełne nerwowej atmosfery, nie musimy ciągle zastanawiać się co byśmy mogli, gdy byśmy mieli dużo pieniędzy. Gdybanie nie jest dobre w okresie domowego kryzysu finansowego. Ale by nie dać się wciągnąć w biadolenie, musimy sobie znaleźć hobby, najlepiej takie które nie jest kosztowne, a realizowanie go nie wymaga dalekich dojazdów. Nie polecam hobby - "alkohol dobry na smutki", co prawda człowiek rozrywkowo może się poczuje, ale to i kosztowne i destrukcyjne dla rodziny, a do tego zdrowie się psuje i dodatkowe koszty generuje. Lepiej zastanówcie się co tak naprawdę lubicie robić, na co ciągle brakuje Wam czasu. Musimy pamiętać, że to musi być coś, co będzie nas relaksować, odrywać od codzienności.  Ja tak usiadłam i się zastanawiałam, że chętnie robiła bym kilka rzeczy - poduczyła się gry na keyboardzie (mam książki, instrument, trochę już umiem, więc mogła bym polepszyć swoje umiejętności, bez kosztów żadnych). Od zawsze interesuje mnie - Polska z okresu przedchrześcijańskiego. Jest obecnie dużo publikacji w internecie, są książki na ten temat w bibliotece, więc znowu bez większych nakładów finansowych mam fascynująca rozrywkę. Interesuje mnie zdrowe żywienie i dużo na ten temat czytam (zdobywam informacje z internetu, biblioteki). 
Ale znalazłam jeszcze jedno hobby dla siebie.  Moje hobby dodatkowo dało korzyści dla domu, zafascynowało mnie dawanie rzeczom drugiego życia. Wyszukuję w domu przedmioty, które albo bardzo nam się znudziły i chcemy je zmienić, albo nadawały się do wyrzucenia. Odnawiając je, zmieniając ich zastosowanie czuję podwójną frajdę, po pierwsze nie wywalam od tak rzeczy i to jest kolejna zasada oszczędzania, o której jeszcze napiszę. Po drugie zupełnie zajmuję tą czynnością ręce i myśli, relaksuję się maksymalnie, a do tego mamy nowe rzeczy i to też cieszy, zwłaszcza w chwili gdy mamy mało środków na kupowanie nowych przedmiotów. No a już dobrem dodatkowym jest to, że udaje mi się oszczędzić pieniądze robiąc przedmioty w prezencie, a nie kupując je.  Więc mało tego, że mam przyjemnie zajęcie to jeszcze duuuużo korzyści oszczędnościowych na tym. 


Oto kilka z moich prac. 


Gąsienica z wytłoczki po jajkach i słomek od mleka które przynoszą dzieci ze szkoły. 


Fartuszek kuchenny dla dziewczynki ze spódnicy jeansowej (był szyty na prezent)


Narzuta dla córki, uszyta z prześcieradeł z małego, dziecinnego łóżeczka



Ze zwykłego drewnianego chlebaka i do kompletu dozownik do płynu do naczyń (miał już chyba z 8 lat, był odrapany i odbarwiony)