środa, 19 lipca 2017

Domowe jedzenie - tanie i zdrowsze



Często nie mamy czasu, chęci, czujemy się gorzej i zrobienie obiadu domowego bywa trudne. Chwytamy wtedy za coś gotowego, a potem mamy wyrzuty sumienia, czujemy się nie fajnie z tym, bo miało być zdrowo i oszczędnie, a my polegliśmy.  Ja na takie dni mam zestaw dań szybkich, staram się mieć coś w słoiku lub mrożonego, właśnie na dzień, kiedy nie mam czasu, chęci, zapału lub musi to zrobić ktoś inny z domowników nie ja. Polecam metodę gotowania więcej np. sosu mięsnego lub warzywnego i część mrozimy lub pasteryzujemy, ja chętnie pasteryzuję takie sosy, bo nie tracę czasu na odmrażanie, wlewam do garnka i dogotowuję makaron, ryż, kasze lub ziemniaki, wyjmuję np. buraczki ze słoika z domowych wyrobów lub ogórki, paprykę i mam szybki domowy obiad, bez stresu i wyrzutów sumienia. Pasteryzuję również np. wywar z mięsa gotowanego do pasztetu dzięki temu mam szybką bazę do zupy, mogę wrzucić ziemniaki i warzywna mrożonkę i po 30 minutach mam gotową zupę. Podobnie robię z innymi zupami również zaprawianymi śmietaną. Jak zostanie z obiadu pasteryzuję i odstawiam do lodówki, będzie na dzień, kiedy brak czasu i chęci na gotowanie.
Mam też szybkie dania bez wcześniejszych przygotowań
Makaron z sosem pomidorowym – wystarczy przesmażyć cebulę z dowolna wędlina lub mielonym mięsem, dokładam koncentrat, przyprawy odrobinę wody w tym czasie gotuje makaron/ryż i gotowe danie w 30 minut.
Ziemniaki, jajko sadzone i szpinak/marchewka/brokuły – gotujemy ziemniaki, warzywa z mrożonki i smażymy jajko. Porządny obiad na szybko. Tani i zdrowy.
Ryż z owocami – dowolne owoce w sezonie letnim, ryż wymieszany na gorąco z masłem, cukrem i cynamonem przekładam warstwami z owocami, polewam śmietaną i do pieca na 30 minut. Szybko, tanio, zdrowo i dzieci kochają tą zapiekankę.
Makaron z czosnkiem i ziołami – gotuje makaron, ścieram czosnek, mieszam z oliwą i ulubionymi ziołami, mieszam wszystko razem z odsączonym gorącym makaronem. Najszybszy obiad, jaki znam. Dokładam czasem oliwki posiekane, chili w płatkach, czasem posypię posiekanym jajkiem gotowanym, żółtym serem tartym lub fetą. Zależy, co mam pod ręką.



Naprawdę nie musimy stać godzinami w kuchni by jeść domowe obiady. Owszem lubię gotować, ale nie zawsze mam na to chęć i czas, zatem sięgam po domowe gotowce lub szybkie dania robione od podstaw w domu.

Domowe dania są naprawdę zdrowsze i tańsze. Smak łatwo dostosować do domowników, nie jemy konserwantów i wzmacniaczy smaku, wiemy, kiedy to danie zostały przygotowane, z jakich składników. Możemy sami dostosować te składniki, które są wskazane dla naszych domowników, a nie godzić się na to, co daje nam producent. Polecam domowe obiadki. 

środa, 12 lipca 2017

Zbiory, zbiory....




Zbiory w ogrodzie zaczęły się już na całego. Codziennie przynoszę coś do domu i mogę z tego przygotować posiłek. Dziś będzie leczo na kolację, bo mamy wysyp cukinii i kabaczków.
W sobotę taki mały zbiór był z naszego ogrodu, ogórki trafiły do kiszenia, porzeczki do ciasta i babeczek, cukinie na grilla, rzodkiewki i bób do prawie natychmiastowej konsumpcji.




Dziś zebrałam 4 kg ogórków, czyli razem już około 15 kg zebraliśmy z ogrodu, tym razem wrzucę w słoiki do kiszenia, niedługo jedziemy na krótki urlop będzie jak znalazł.


Uwielbiam pracę w ogrodzie, zbiory W tym roku 37 kg czerwonej porzeczki zebraliśmy, wydawało się, że będzie, z 50, ale sporo spadło w czasie burz. Wino nastawione, sok w słoikach. Truskawki dzieci jadły przez miesiąc codziennie, niestety borówki nam pomarzły i nie będzie zupełnie nic, no cóż tak to bywa z naturą. Inne uprawy dają jednego roku więcej zbiorów, zaś inne malutko. W tym roku ogórki i cukinie nas obdarzają obficie. 

Dopisek z dnia 19.07 - mam już 22 słoiki litrowe ogórków kiszonych z własnego ogrodu na zimę. W tym roku nie muszę kupować ogórków do zimowego kiszenia, na krzakach mam sporo jeszcze ogórków, więc za 3 dni będzie kolejnych 5 słoików. 

wtorek, 11 lipca 2017

Chleb z mąki gryczanej



Dziś chcę się podzielić z Wami przepisem na ulubiony chleb moich chłopaków. Jest to chleb bezglutenowy, co prawda ja nie używam w celu jego wypieku certyfikowanych mąk, bo u nas nie jest problemem sam gluten, ale pszenica i żyto u chłopaków. Kupuję mąki głównie firmy Melvit. Chleb ładnie zachowuje świeżość przez 2-3 dni, raczej go nie mrożę, bo odrobinę się kruszy, piekę więc małą brytfankę – keksówkę by został zjedzony bez mrożenia.



Składniki:
  • 100 g skrobi ziemniaczanej/mąki ziemniaczanej
  • 100 g maki kukurydzianej
  • 300 g maki gryczanej
  • 1,5 łyżki cukru
  • ¾ łyżki soli
  • 4 łyżki siemienia lnianego całego (można dodać różne nasiona)
  • 25 g drożdży świeżych
  • 550 ml wody letniej



Mieszam najpierw wszystkie suche składniki, następnie dodaję drożdże i wodę, całość dokładnie wyrabiam łyżką, odstawiam na 20 minut w ciepłe bez przeciągów miejsce. Blaszkę smaruję smalcem, ale można dowolnym tłuszczem lub wyłożyć papierem (niestety do papieru się mocno przykleja i nie lubię potem odrywać chleba). Po upływie 20 minut mieszam dokładnie chleb i przekładam do foremki, odstawiam na 5 minut. Po tym czasie rozgrzewam piecyk do temperatury 230 stopni (chleb ma czas dalej rosnąć, bo mój piecyk potrzebuje około 14 minut by rozgrzać się do takiej temperatury). Wstawiam chleb i ustawiam czas 10 minut, po tym czasie zmniejszam temperaturę do 210 stopni i piekę jeszcze 45 minut. Wyjmuję chleb zaraz po upieczeniu i studzę na kratce. 

piątek, 7 lipca 2017

Takie tam.....



Dziś jedno dziecko kończy turnus kolonijny, a jak to ja, biegam po kuchni i przygotowuję smakołyki dla córci, bo Gwizdka tęskni za domowym jedzonkiem. Zamówiła sobie domowe hamburgery i ciasto pleśniak z tego przepisu
Marzy o kąpieli w wannie, swoim pokoju i domowej ciszy. Dobre są takie rozstania, każdy zatęskni i doceni to, co ma. Wyjazd był tylko tygodniowy, ale pełen emocji i nowych wyzwań. 






czwartek, 6 lipca 2017

Dary natury



Jak ja kocham czas, gdy ogród zaczyna nas żywić. Uwielbiam to szybkie wyjście z miska do ogrodu i wracam z cudownymi darami natury. Niektórych darów jest aż nadto, z dwóch krzaków zebraliśmy 13 kg czerwonej porzeczki, a czeka od zbioru jeszcze 7 krzaków. Jeden pojemnik z winem nastawiony, lubimy to nasze domowe wino, znajomi równie chętnie sięgają po nie w czasie wizyt u nas. Udało nam się już zebrać 4,5 kg ogórków gruntowych, nareszcie z własnej uprawy kiszone ogórki, ale w następnym roku będziemy je uprawiać, jako pienne.  Na stałe już podbieramy z ogrodu włoszczyznę, szczypior, bób. Za tydzień będzie nowy wysyp rzodkiewek, kalarepy. Mam nadzieję, że na sobotniego grilla ze znajomymi zerwę kilka cukinii już. Pomidory niestety jeszcze zielone są, za to już duże i okazałe. Na krzaczkach dojrzewa czarna porzeczka, myślę, że na sobotnie ciasto już będzie akurat dojrzała. Niestety w tym roku nie będziemy mieli owoców z drzew po za wiśniami, wszystko nam pospadało. No cóż tak bywa, natury nie da się sterować, jeśli chcemy jeść naturalne jej produkty.



Praca w ogrodzie bywa ciężka, czasem nie mamy na nią akurat w tym momencie ochoty, ale uspokaja, a potem daje tylko satysfakcji ze zbiorów. Nie opryskujemy roślin żadną chemią, nawozimy też naturalnie, a w tym roku niewiele podlewamy przyroda sama dba o roślinność. Już robię plany, co będzie rosło na parapetach zimą, jakie podejmę eksperymenty, co będzie nowością na zimowym parapecie.
Do pracy w ogrodzie trzeba dojrzeć, nie zmuszajcie swoich dzieci, jeśli chcą pomóc korzystajcie, pokazujcie im, pozwólcie obserwować siebie, ale nic na siłę. My pozwalamy się dzieciom przyłączyć do prac ogrodowych, zachęcamy, ale nie zmuszamy. Nie jesteśmy w sytuacji, że od upraw w ogrodzie zależy nasz byt, więc, po co zniechęcać dzieci. Córka uwielbia np. siać, ale pielić już nie lubi, więc siej, sadzi, a potem chętnie zbiera i zjada, bo cieszy ją, że sama siała i wyrosło. To nic, że potem my dbamy o rośliny, to nie jest ważne, ona ma swoją satysfakcję i niech tak będzie. Ona przychodzi i patrzy jak pielę, nawożę, wie, że samo sianie to nie wszystko. Na razie doświadcza cudu natury, że z nasionka, cebulki rodzi się piękna roślina, a potem ją zajada ze smakiem.
Za rok posiejemy z córką więcej bobu, uwielbimy go i nawet udało się nie opryskiwać go, sam się obronił przed mszyca, a ja mu tylko odrobine pomogła zlewając silnym strumieniem jego dzikich lokatorów, bez pozwolenia na wynajem.
Polecam uprawę warzyw, ziół obojętnie czy mamy ogród, balkon czy tylko parapet. Pielęgnacja ziół na parapecie i ich zbiory tez dają niemałą satysfakcję. Mam znajomą, która uprawia na parapecie ostre papryczki, szczypiorek, pietruszkę, bazylię, oregano, tymianek i z całkiem niezłym efektem. Ma małe mieszkanie, więc nie ma innych roślin w nim po za jadalnymi. Mówi, że tak jest fajniej i rozsądniej.
Jak widać wystarczy chcieć, a Internet jest pełen niesamowitych pomysłów. Teraz jest moda na własne warzywa i zioła, więc pomysły się mnożą. W Ikei widziałam ostatnio jakieś pomoce do domowych upraw ziół, nie pamiętam jak to dokładnie wyglądało, ale wiem, że przechodziłam koło takich cud.

Próbujcie, jeśli choć odrobinkę Was pociąga własna uprawa roślin jadalnych, owszem ponosi się i porażki, natura to nie pasmo sukcesów. Ale bez ryzyka nie ma efektów. 

środa, 5 lipca 2017

Wspomnień czar....


Dziś tak nostalgicznie, ale ta piosenka daje mi energię gdy upadam, 
gdy nie mam sił. Wstaję i biegnę dalej z całych sił. 


To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił,
Jednak iść! Przecież iść!
Będę iść!

To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił,
Będę szedł! Będę biegł!
Nie dam się!



Lubię taką muzykę, chętnie słucham poezji śpiewanej, uwielbiam Stachurę. Wczesna młodość spędzałam na obozach harcerskich, koncertach typu Yapa. To był dobry czas, to był czas gdy kształtował się mój światopogląd. 
Do dziś spotykamy się z ludźmi z tamtych lat, przybyło nam siwych włosów i zmarszczek, ale błysk w oku, idee, pomocne dłonie są nadal. 



wtorek, 4 lipca 2017

Urodziny




Za mną kolejne urodziny. Rodzina wszystko zaplanowała w tajemnicy i udało im się, nie wydali fortuny, owszem prezent tez dostałam. Córka upiekła ciasto włożyła w nie świeczki, maż przyrządził z synem kolację, posprzątali dom i przybrali balonikami. Dzieci przygotowały mi kąpiel pachnącą w oprawie świec, a mąż od siebie dołożył lampkę wina. Wspaniałe są takie chwile, pełne spokoju i relaksu. Nie muszą dużo kosztować, wystarczy troszkę pomyśleć. Dzieci wraz z mężem zrobiły burzę mózgów i wymyślili właśnie taki scenariusz. Takie urodziny czasem mocniej zapadają w pamięć niż huczne i drogie przyjęcie. Bardzo ich kocham, tak bardzo się starali. Dziękuję!!

Ja generalnie mam zazwyczaj dziwne przygody w dzień urodzin, ale nie tym razem. Gdy byłam dzieckiem nie miałam przyjęć, tortów itp. Wakacje nie sprzyjają takim atrakcjom. A gdy już byłam dorosła w urodziny prześladował mnie dziwny pech, może zostało to przełamane…. :)


piątek, 30 czerwca 2017

Domowe hamburgery



Był przepis na bułki to teraz hamburgery. Ja robię bardzo proste kotlety do hamburgerów. Używam tylko kilku składników. Do tego bułka, pomidor, kiszony ogórek, liście sałaty lub szpinaku, majonez, keczup, cebulka pokrojona w cienkie krążki.




Składniki:

  • mięso mielone (przyjmuje się 150-200 g na jeden kotlet) dowolne, zależnie od preferencji, zdrowia i zasobów finansowych
  • czosnek 3 ząbki
  • 2 łyżki musztardy
  • jedno całe jajko
  • sól, pieprz do smaku

Czosnek obieram i ścieram na drobnej tarce, można oczywiście przecisnąć przez praskę.  Mieszam wszystkie składniki dokładnie i odstawiam mięso ma godzinkę do lodówki. Następnie formuję płaskie, okrągłe kotlety, ja smażę na patelni zwyczajnie, można oczywiście na patelni grillowej, na grillu w piecyku, wszystko zależy, jakie lubimy.

Układamy w bułkach kotlet, warzywa, majonez/keczu lub inny ulubiony sos. Koniec, mamy domowe, zdrowe hamburgery, które dzieci mogą zjeść bez wyrzutów naszego sumienia. Ja używam bułeczki z tego przepisu. Smacznego!

środa, 28 czerwca 2017

Zdrowe bułki bez mąki pszennej




Od jakiegoś czasu dzieci marzyły o domowym hamburgerze. Oczywiście robiłam je, ale bez jednej najważniejszej rzeczy – bułeczka. Hamburger miał być pełno wymiarowy, taki zupełnie prawdziwy, mięsko, warzywa, majonez, keczu i bułeczka. W końcu powstały bułeczki bez pszenicy na miarę bułeczek do hamburgerów.  Na pierwszy rzut oka wydają się bardzo trudne do zrobienia, ja długo się do nich zbierałam, ale w końcu krótko – są szybkie i smaczne, a do tego zdrowe.





Ale co ja będę się rozwodzić nad ich cudownością, podam Wam przepis i spróbujcie sami.

Składniki:
350 g mąki ziemniaczanej
300 g mąki gryczanej
50 g zmielonego słonecznika
50 g zmielonego siemienia lnianego
30 g drożdży
500 ml wody
3 łyżki oliwy/oleju
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka cukru


Wszystkie składniki dokładnie mieszamy najlepiej mikserem lub robotem przez około 5 minut. Ciasto powinno być dość gęste, ale nie przypomina ciasta do lepienia dłońmi, raczej jak masa na bezy. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia układały ciasto łyżką, starając się by przypominały okrągły kształt. Odstawiamy do wyrośnięcia na 30 minut, następnie pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 25 minut. Mnie wychodzi około 12 sztuk bułek. 

sobota, 17 czerwca 2017

Pierwsze zapasy z ogrodu



Nowy sezon ogródkowy zaczyna nam zapełniać opróżnioną spiżarkę. 
Dziś do zamrażarki trafiły pierwsze zapasy rabarbaru. 
Lubimy zapiekankę z rabarbaru i ryżu, oraz ciasto z rabarbarem i racuchy. 
Więc chętnie się po niego sięgnie zimą, a teraz na bieżąco podjadamy również. 
Dziś były na kolację racuchy z rabarbarem zamiast jabłek. Ja mam silną alergię na jabłka (dochodzi do obrzęku krtani), więc świetnie rabarbar wszedł w ich miejsce. 
Wiem, że rabarbaru nie powinno się jadać często, ale co jakiś czas lubimy z nim potrawy. Bo jednak posiada swoje zalety dla naszego zdrowia, rabarbar dostarcza dużo potasu, magnezu, żelaza, fosfor, witaminy C, beta-karotenu.




Dziś do zamrażarki trafiły 4 paczki po 400 g obranego już rabarbaru. 

środa, 14 czerwca 2017

Zupa z brokułów z kasza jaglaną i gotowanym jajkiem



U młodszego syna wyszły słabe wyniki krwi, rośnie niesamowicie teraz, uprawia sport, więc ma prawo jego organizm nie nadążać. Sugestia lekarza sportowego to zwiększyć ilość żelaza w diecie. Mnie nie trzeba dwa razy powtarzać, jak zmienić coś w diecie nie ma problemu, młodzieniec, co prawda odrobinkę próbuje „wierzgać”, ale wyjścia nie ma. Wprowadzam w jego dietę, a przy okazji całej rodziny (w diecie żelaza przedawkować się nie da) więcej żelaza. Żartuję sobie, że zrobię z niego Iron Mana. Syn ma od urodzenia tendencje do niskiego poziomu żelaza, więc u nas to nieszokująca jest informacja, jeśli wychodzą wyniki krwi na pograniczu anemii. Córka dojrzewa, najstarszy chudy jak patyk, to nie ma, co się zastanawiać, zmiany w diecie są potrzebne. Wczoraj była zupa jarzynowa zgęszczona jajkiem oraz naleśniki z nadzieniem do pierogów ruskich, ale zamieniłam ziemniaki na białą fasolę. Dziś zupa krem brokułowi z kaszą jaglaną i jakiem gotowanym, a do tego kotlet mielony z dodatkiem wątróbki, surówka z kapusty kiszonej, ziemniaki, do podjadania truskawki z ogrodu (w tym roku niezły urodzaj jest. Do kanapek stosujemy, jako zamiennik sałaty liście szpinaku z naszego ogrodu. Tak pomalutku zmieniamy dietę by nadrobić niedobory żelaza.




Przepis na zupę brokułów z kaszą jaglaną.

Składniki:
  • 2 duże kwiaty brokułów (zupa na dwa dni dla pięciu osób)
  • szklanka kaszy jaglanej
  • włoszczyzna
  • ¼ paczki masła lub innego dowolnego tłuszczu (ja dodałam tłuszcz i galaretkę po gotowaniu mielonki w szynkowarze, oraz masło)
  • 1 łyżka przyprawy curry
  • ½ łyżeczki kminu rzymskiego
  • sól do smaku
  • 1 łyżka suszonego lubczyku
  • 1/3 łyżeczki pieprzu cayenne
  • woda


Oczyszczam brokuły z liści, ścinam twardsze części łodygi, ale dużo zostawiam, nie ma sensu ich się pozbywać, mają dużo wartości odżywczych, a i tak je mielimy. Wrzucam pokrojoną i obrana włoszczyznę, dokładam curry, pieprz, lubczyk, zalewam woda by wszystko było przykryte, zagotowuję. Kasze jaglaną płucze na sicie zimną woda, potem przelewam szklanka wrzątku i następnie zimną wodą. Wrzucam kasze do gotującej się zupy, dokładam sól, tłuszcz i przykrywam całość, gotuję do miękkości. Następnie zestawiam z pieca i miele ręcznym blenderem w garnku. Doprawiam do smaku sola, ewentualnie pieprzem/papryką. Podaję z ugotowanymi jajkami pokrojonymi w ćwiartki. My lubimy posypać całość wędzoną, mieloną papryką.  Można posypać prażonymi płatkami migdałów lub sezamem.  Zupa jest bardzo sycąca, energetyczna i może być w wersji wegańskiej.


środa, 7 czerwca 2017

Zdrowie i odżywianie



Oszczędne życie to przede wszystkim dbanie o zdrowie, jeśli zdrowie zaczyna szwankować to wszystko się sypie. Dlatego tak ważne jest zdrowe odżywianie (oczywiście o ten stan musimy dbać zawsze, ale z pustym portfelem jest trudniej niwelować skutki złej diety).  Nie możemy sobie pozwolić na tam zwane śmieciowe jedzenie. Brak wartości odżywczych w pożywieniu powoduje problemy zdrowotne, czasami nie tylko te typowo zdrowotne, ale również problemy zdrowia psychicznego. Wielu naukowców dowiodło, że niedobory witamin z grupy B są przyczyną wielu chorób psychicznych. Zatem zdrowie przede wszystkim. Powiecie super, ale ja nie mam funduszy na dobre jedzenie, a ja powiem bzdura, możesz tylko nie mieć czasu na przygotowanie tego jedzenia. Produkty na szczęście w naszym kraju do przygotowania od postaw posiłku jeszcze nie są droższe od zakupienia np. gotowej pizzy.  Niestety domowa pizza wymaga więcej naszego czasu i zaangażowania niż wykonanie telefonu do pizzerii. Niestety coś za coś, lekko nie ma, albo tani i zdrowo, ale spędzamy czas w kuchni, albo wygodnie, nie zawsze zdrowo i drożej. Ostatnio na urlopie dzieci poprosiły o zakup gotowych frytek w budce, ok zgodziliśmy się, na co dzień jedzą domowe z piecyka, samodzielnie wykonane od podstaw z ziemniaka, więc niech maja trochę odmiany. Efekt, pomijają cen…e nas zaskoczył. Córka dostała biegunki, a syn bóli brzucha. Na drugi dzień idę ze śledztwem do budki i pytam, co i jak z frytkami, bach dowiaduję się, że po pierwsze są smażone w tłuszczu gdzie smaży się wszystko – sery panierowane, kotlety panierowane, kurczaka itd. Po drugie pani szeptem informuje mnie, że tłuszcz zmienia się jak jest już ciemny, bo inaczej to szefowa robi raban, że marnotrawią jej kasę.  Podziękowałam grzecznie, nie zrobiłam awantury, dziewczyna naprawdę chciała pomóc jak usłyszała, że syn ma alergię na pszenice, a córka nietolerancję laktozy i nie wiem, co się dzieje z dziećmi. Podsumowanie, zapłaciłam za 150 g frytek 5 zł dostała w zamian produkt niezdrowy dla każdego z powodu, jakości tłuszczu i jeszcze z dodatkiem laktozy i pszenicy niezdrowy dla moich dzieci. Kupując 1 kg mrożonych frytek w zapłaciłabym 7 zł, nawet używając tylko raz l oleju do usmażenia ich wydałabym około 5 zł razem wyszłoby 12 zł za kg frytek w dużo lepszej, jakości dla naszego zdrowia. Jedna porcja frytek wyniosła by mnie coś około 2 zł. Jak dla mnie wystarczy, by jednak zrobić ten wysiłek i przygotować domowy fast food samodzielnie.



Dalej mówiąc o zdrowi i oszczędnościach, warto trzymać się ściśle zaleconych diet lub omijać, co wiem, że nam szkodzi. Zmniejszamy dzięki temu wydatki na leki, a pamiętajmy, że reakcja alergiczna niesie dla naszego organizmu nie tylko dyskomfort, ale osłabia nasz system immunologiczny, niszczy jelita, czasem powoduje reakcję zatrucia toksycznego organizmu, wszystko zależy jak od tego jak nasz organizm reaguje na alergen. Czasem otoczenie nie rozumie problemu alergii pokarmowej i rzuca niefrasobliwie tekst, – o co się przejmujesz potem weźmiesz tabletkę i będzie po problemie, nie wydziwiaj, jedz, co jest, będzie dobrze. Hmm, przyznam, że takie wypowiedzi powodują u mnie agresję i poczucie braku akceptacji, tolerancji, brak troski o moje zdrowie, wręcz wygodę częstującego mnie. Niestety, ale w społeczeństwie polskim, jest mała świadomość, jakie niesie konsekwencje zła dieta, a co dopiero zła dieta dla osób z problemami zdrowotnymi. Zatem musimy sami szanować samych siebie i dbać o swoje zdrowie i swoich bliskich. Ja np. zabieram ze sobą na wizytę u znajomych domowe ciasto, czasem pieczywo, gdy wiem, że podadzą kolację i będzie potrzebne. Większość naszych znajomych super wspiera nas w naszych problemach z alergią i na luzie potrafią się dostosować, podają kukurydziane chipsy, risotto z warzywami i mięsem, owoce, warzywa krojone w słupki i różne pasty lub sosy, sałatki na bazie ryżu, sałatki warzywne, mięso z grilla. To naprawdę nie jest problem przyjąć takich gości. Ja przynoszę ciasto i dla wszystkich jest ok, każdy ma, co zjeść i nie ma problemu. Jeśli wiem, że idę do domu gdzie ktoś nie zna moich problemów, zabieram ciasto i sałatkę, wtedy nie jestem żadnym problemem. Teściowa np. poprosiła o przepisy na dania i ciasta potraw, jakie jedzą nasze dzieci, by mogła spokojnie wybrać coś jak się pojawimy. Pamiętajcie, że organizm po wpadkach dietowych regeneruje się dłużej niż by odczuwamy skutki. Potem kończymy w toalecie lub z inhalatorem, tabletkami w ręku a to tylko pozorny koszt tego, że zaszaleliśmy.
Odżywianie to filar naszego zdrowia, nie chodzi tu o problem tylko otyłości, choć obecnie i ten problem wiele osób uważa za problem tylko estetyczny. Jak dla mnie estetyka to zupełnie marginalny skutek. Główny to problemy zdrowotne. Stawy nie dają rady z ciężarem, kręgosłup się deformuje od dźwigania otyłości brzusznej, nadciśnienie, problemy z sercem itd. W nosie nasze odbicie w lustrze, czasem tłuszczyk potrafi dodać uroku, ale problem jest ze zdrowiem, kondycją. A to niestety problem finansowy, leki, gorsza wydajność, mniejsze dochody.
Czasem słyszę od osób, które zmieniają swój sposób odżywiania i po kilku tygodniach, miesiącach oświadczają, że jest gorzej niż było. No jasne, że będzie gorzej, po pierwsze stajecie się świadomi każdej wpadki żywieniowej, wcześniej wasz organizm żył w permanentnym stresie, teraz czujecie każdy dyskomfort. Po drugie, dręczyliście go przez wiele lat, a teraz oczekujecie, że naprawa będzie w kilka tygodni? Kolejny problem to problem pokus i ciągłe poczucie udręczenia. Patrzycie na hamburgera i go chcecie, ale wiecie, że nie powinniście, poukładanie wewnętrzne to jeden z elementów samouzdrowienia. Ja w tej chwili patrzę na parówki (uwielbiałam parówki na ciepło z keczupem i biała bułeczką), widzę zmielone wymiona, skórki i całą masę chemii by mi to smakowało, zupełnie nie mam na nie ochoty, wręcz czuję odrazę. Nasza psychika to jeden z ważniejszych elementów w zdrowym trybie życia, no bo jak pozostać szczupłym jeśli przy każdym posiłku toczymy wewnętrzna walkę, wiadomo, że w końcu ją przegramy. Zatem nie możemy z dnia na dzień czuć się świetnie po zmianie nawyków żywieniowych do tego potrzeba czasu, dajmy szanse na oczyszczenie się naszych komórek, na ułożenie psychiczne. Nie wiem, czy przy problemach z otyłością nie powinno się zaczynać od terapii u psychologa, a potem w zespole u dietetyka. Ale to tylko takie moje osobiste zdanie, nie jestem fachowcem, wynika ono z moich obserwacji i doświadczeń własnych. Obecnie ważę 54 kg przy wzroście 163 cm, ale miałam wahania przez 26 lat małżeństwa 20 kg i nie pisze tu o okresie ciąży i zaraz po.  Niedowaga jest tak samo zła jak otyłość, obecnie staram się utrzymać wagę na stałym poziomie z odchyłami 2 kg.

Oj, ale się rozpisałam, zdrowe żywienie to coś, co staram się zgłębiać i zachować w miarę zdrowy rozsądek, widzę jak duże dobrodziejstwo niesie dla mojej rodziny i dla mnie. Ja po rezygnacji z pszenicy mogłam zrezygnować z leków antyhistaminowych i sterydów, syn młodszy również. Córka po odrzuceniu laktozy z diety zaczęła rosnąć i lepiej wyglądać (cienie pod oczami, bladość zniknęły), najstarszy syn na diecie bez laktozy, cukru i glutenu świetnie się wycisza, zapach jego skóry jest przyjemny (wcześniej jak się spocił pachniał jak parzone pierze), mąż po rezygnacji z laktozy i pszenicy nie przybiera na wadze, nie ma problemów skórnych, lepiej sypia. U nas w domu leki owszem są w apteczce na wszelki wypadek, nie jesteśmy zupełnymi ignorantami. 

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Co u nas.....



Troszkę milczałam ostatnio, ale sporo się u nas działo, więc czasu było mało. Końcowe egzaminy w szkole, zawody syna, treningi córki itp.
Mamy za sobą kolejny rok Edukacji Domowej (już 4 zamknęliśmy), od 27 maja dzieci mają wakacje już. Dla przypomnienia syn gimnazjum, córka szkoła podstawowa. W tym roku dzieciom poszło bardzo dobrze, dzieci dały z siebie wszystko by wysoko zaliczyć egzaminy roczne.
Pomiędzy tym wszystkim były dwukrotnie zawody syna łucznicze, badania przed wyjazdem na obóz sportowy z klubu. Przygotowania do egzaminu z samoobrony córki, konkurs keyboardowy, między powiatowy syna, klasowe wyjazdy najstarszego syna, ogród, który wymaga sporo pracy. Naprawdę sporo się działo.



Udało nam się wyjechać na tydzień w cenach promocyjnych przedsezonowych nad morze, psinka nasza też pojechała. Takie bonusy daje nam nauka w domu, że możemy podróżować po za sezonem, dzięki temu naprawdę dużo, dużo taniej. Żywimy się sami, zabierając prowiant z domu i gotując dodatki na miejscu, w tym roku również piekłam pieczywo i po raz pierwszy upiekłam urlopową po za domem pizzę. Takie wyjazdy są naprawdę dużo tańsze, wybieramy miejsca gdzie mamy dostęp do kuchni lub używamy własnych sprzętów typu kuchenka gazowa, piecyk elektryczny, który wozimy ze sobą.  Pytamy gospodarzy czy możemy używać takich sprzętów i spokojnie samodzielnie gotujemy i pieczemy sobie. Naprawdę sporo można zaoszczędzić.
Przed nami popis muzyczny, semestralny syna, egzamin z samoobrony córki, zakończenie roku szkolnego najstarszego syna, potem już zupełnie legalne wakacje. Planujemy kilka krótkich wyjazdów, rodzinnych po za tym syn jedzie na obóz sportowy z klubu (naprawdę korzystne ceny, bo klub dofinansowuje), córka niestety tylko na tygodniowy wyjazd, koszty na dwa były za wysokie, ale jedzie samodzielnie, więc może nabierać umiejętności samodzielnego radzenia sobie w grupie. Potem jeden wyjazd 4 dniowy rodzinny do rodziny na Mazurach i tygodniowy w góry. Pomiędzy wycieczki rowerowe, wypady na basen (3 zł wakacyjne wejścia dla dzieci), jazda na rolkach, jednodniowe wycieczki w okolicy województwa.
Mamy nadzieję, że uda nam się ciekawie spędzić z dziećmi wakacje, nie wydając fortuny. Dzieci nasze nie wołają żadnych dodatkowych urozmaiceń na wyjazdach typu gofry, lody, karuzele, gadżety itp. Staramy się zaspokoić ich potrzeby własnymi wyrobami, drobne pamiątki owszem kupujemy np. z nad morza zakładki do książek dla syna za 5 zł, kolczyki z bursztynem dla córki za 18 zł. Im to wystarcza, nie oczekują więcej, nie wymuszają niczego, nie zadają.  Lody dzieci miały i owszem, na kwaterze zamroziłam im jogurty, tym razem nie z oszczędności, ale z rozsądku, skład kupnych lodów jest porażający i nie mamy na niego chęci. Zatem wymieszałam jogurt z truskawkami i zamroziłam.  

Tak to sobie właśnie podróżujemy. Dla wielu wyda się to dziwne, nienormalne, ba nawet chore, ale to jest nasz sposób na zwiedzanie, wypoczywanie, podróżowanie. Gdy byliśmy 2 lata temu w Holandii w delfinarium nikogo nie dziwiło wyjęcie własnego prowiantu, ba nawet na terenie nie było za bardzo gdzie zjeść, ludzie wyjmowali wymyślne domowe przekąski, rozkładali się na wszędzie dostępnych stoliczkach i zajadali to, co przynieśli ze sobą. Jadąc przez Niemcy trafialiśmy na pełne eleganci i szyku pikniki przy autostradzie, z obrusem i filiżankami. Zaś w Anglii to my wyglądaliśmy dziwacznie na parkingu wyjmując domowe produkty a nie otwierając pudełka z hamburgerem zakupionym na stacji.  Jak widać, co kraj to inne obyczaje. My lubimy wiedzieć, co jemy, do tego nie lubimy przepłacać na średniej, jakości przekąski, więc podróżujemy z własnym prowiantem. 

czwartek, 25 maja 2017

Trollujący sadyści??





Dziś nie mój tekst, ale pewna ciekawostka naukowa. Czy ma faktyczne pokrycie z rzeczywistością, oceńcie sami. Ja się nie będę wypowiadać. 


"...W badaniach przeprowadzonych przez naukowców z trzech kanadyjskich uniwersytetów skupiono się na stylu komentowania w internecie i powiązaniu tego stylu z wynikami klasycznych już badań sprawdzających nasilenie skłonności psychopatycznych, makiawelicznych i narcystycznych wśród badanych. Tym razem próbowano jednak zmierzyć także ich skłonności sadystyczne. Przebadano ponad 1200 aktywnych internautów. Okazało się, że osoby, których komentarze wykazywały najwięcej znamion trollingu oraz które zdradzały skłonności do prześladowania i piętnowania innych internautów, były jednocześnie tymi, które osiągnęły najwyższe wyniki w ocenie osobowości pod względem sadyzmu. Pozostałe trzy cechy występowały oczywiście wśród uczestników badania, ale żadna z nich nie była tak silnie powiązana z określonym stylem komentowania.."

wtorek, 23 maja 2017

Pracujemy w ogrodzie....



Troszkę ostatnio jestem zajęta, więc mniej pisze. 
Sezon prac ogrodowych w pełni, chwasty rosną najlepiej, jak kończę pielenie to mogę zaczynać od początku. Na grządkach do zbioru już są rzodkiewki, koper, nać pietruszki i szczypiorek. Ja wszystko skrzętnie ścinam i mrożę. Pomidorki koktajlowe kwitną, z ziemi wychodzi fasolka szparagowa, buraczki. Sadzonki dyni, kabaczków i cukinii posadzone, a dodatkowo kilka posianych wprost do gruntu wschodzi.  Kalarepa i kapusta z rozsady posadzona, czekam czy się przyjmą, mam jeszcze do rozsadzenia sporo, więc mogę dalej produkować. Bób (po raz pierwszy mam w ogródku) ładnie pnie się w górę, rzodkiew, coraz większa jest. Zapomniałam, że już szpinak mam tez do zbioru, można witaminki z ogrodu własne zajadać. W tym roku nie wiem jak będzie z owocami, porzeczki wyglądają ok, jak nic się nie wydarzy będą spore zbiory i czerwonej i czarnej.  Jak widzicie, właśnie na takich zajęciach ostatnio spędzam czas, nie powiem, że mi to nie sprawia przyjemności, lubię te prace ogrodowe, w tym roku mam dość sporo grządek, więc jest, co robić. Niestety brzoskwinie i nektarynki nie zostały opryskane w tym roku i weszła nam zaraza na liście, no cóż trudno, będziemy walczyć o drzewka. Tak to jest w ogrodnictwie i sadownictwie, raz wszystko jest super, a raz marnie. W zeszłym roku zmarzła nam nektaryna, w tym mamy zarazę. Za to kasztan jadalny po przeniesieniu do domu, wypuścił, a wyglądał na martwy, może mu się uda.  Praca z roślinami niesie radość, dumę, ale i smuteczki, koszty.

Kiedyś nie lubiłam prac w ogrodzie, kopałam i wierzgałam przed nimi. Może to fakt, że rodzice oczekiwali pomocy na działce bez względu na to, co miałam zaplanowane i czy mnie to pociągało. Teraz nie zmuszam dzieci, jeśli sami chcą to ok, jak nie to nie. Córka lubi siać, sadzić, ale nie pielić, syn lubi kosić, ale nie siać i pielić. Mają obowiązki domowe, do prac ogrodowych nie zmuszam, nie naciskam. Syn chce w tym roku nauczyć się strzyc żywopłot, ok niech tnie, córka marudzi, że chce spróbować kosić, niech spróbuje. Nic na siłę. Pomagają na przy zbiorach i to robią nawet chętnie i niech tak zostanie.




Jeśli uda nam się wyhodować to wszystko, co została zaplanowane, posiane to naprawdę będziemy w lecie głównie korzystać z naszego ogrodu. 

czwartek, 18 maja 2017

Dwa miliony wyświetleń!!!!!



Nadszedł ten dzień!!
Strona została wyświetlona ponad 2 miliony razy!!





Gdy zakładałam bloga, marzyłam by, choć jedna osoba przeczytała i choć jedna znalazła poradę, wsparcie. Gdy pojawiło się pierwsze 100 wyświetleń byłam zaskoczona, nie sądziłam, że moje pisanie może zainteresować tak wiele osób. To dzięki mężowi w ogóle zdecydowałam się pisać, to On uznała, że warto podzielić się naszymi doświadczeniami by ktoś nie musiał zaczynać od zera jak my w walce o godne życie przy braku pieniędzy. W trudnych chwilach ataków na moja osobę to On i Wy mnie wspieraliście (niestety nie rodzina, choć czytają regularnie nie potrafili stanąć w mojej obronnie). Czyli jak to jeden z czytelników napisał „nie najważniejsza jest krew, ważniejsze jest serce i rodzina serca jest podstawą naszej codzienności i poczucia bezpieczeństwa”.
Tak wiele osób czyta systematycznie mój blog, że naprawdę to przekracza moje wyobrażenie. Jestem osoba z dość niska samooceną, więc wiele to dla mnie znaczy.
Bardzo, bardzo Wam dziękuję!!!!
Wiele Wam zawdzięczam, nawet nie zdajecie sobie sprawy jak wiele, na pewno dzięki Wam zaczynam wierzyć w siebie, a to jest dla mnie bardzo cenny krok do przodu.

Dziękuję, że chcecie czytać to wszystko, o czym piszę, wiem, że często nie trafiam w Wasze gusty, ale piszę o moim życiu, o moich przemyśleniach, o tym, jacy jesteśmy.  Ten blog to cząstka mnie.Jesteśmy różni, a to jest piękne, gdybyśmy wszyscy zgadzali się ze sobą, przytakiwali sobie, to rzeczywistość stała by się nudna, codziennie czegoś się od Was uczę. Jesteście dla mnie skarbnicą wiedzy, czerpię od Was całymi garściami!! Dziękuję!!

środa, 17 maja 2017

Media prawdę Ci powiedzą?



Rano włączam telefon i wyświetlają mi się wiadomości na pierwszym miejscu temat „Dieta bezglutenowa zabiła dziecko, rodzice staną przed sądem” Zaintrygował mnie nagłówek i po przeczytaniu po prostu mnie zamurowało, jak wiele informacji zalewa Internet, które są zupełnym bezsensem, bez pokrycia w faktach, wyssane z palca, nagłówki oszukują itd. Dziecko było zwyczajnie zagłodzone, autor przytacza fakt, że karmione było bezglutenowym mlekiem z komosy ryżowej i w wieku 7 miesięcy ważyło 4 kg, jego żołądek był pusty, a przyczyną śmierci była dieta bezglutenowa. Jak dla mnie sporo faktów jest zupełnie nielogicznych, jestem matką trójki dzieci, żadnego dziecka w wieku 7 miesięcy pediatra nie kazał karmić glutenem, ba nawet zalecał do roku wstrzymać produkty glutenowe, po drugie mleko od matki czy krowie też nie zawiera glutenu. Jak dla mnie przyczyną było zagłodzenie dziecka przez rodziców, którzy może byli weganami, może nie wiedzieli jak sobie poradzić z takim żywieniem u małego dziecka. Ale tytuł robi swoje – dieta bezglutenowa zabija. No cóż, mam kilku znajomych chorych na celiakie i maja się dobrze na diecie bezglutenowej.  My nie jemy pszenicy, no ale jemy żyto, jęczmień, owies więc w sumie jemy gluten, ale mamy się tez nieźle ze zmniejszoną porcją glutenu.
Ale w sumie nie chciałam rozwodzić się nad dieta i jej skutkami, chodzi mi raczej o bałagan medialny, o pisanie artykułów niepopartych wiedzą, niestety spora część społeczeństwa uwierzy temu tekstowi, już pojawiają się głosy o idiotyzmie diety, o głupich ludziach tak się żywiących itd. 


Tak często przyjmujemy wszystko na ślepą wiarę, że zaczynamy się gubić w tym, co jest prawdą. Granice pomiędzy fikcją a faktem się zacierają od lat. Sama musiałam sobie powiedzieć/nakazać/zabronić czytania i wiary wszystkiemu. Od dziś wyłączam wiadomości w telefonie, wiadomości nie są po to by informować, ale by manipulować społeczeństwem. Nie oglądam tv od dość dawna, nie posiadam anteny, mam owszem odbiornik, ale w celu oglądania filmów rodzinnych lub z płyt DVD.  Nie słucham radia w samochodzie, mam je, bo jest wbudowane fabrycznie i nie mam wyboru. Słucham muzyki z płyt CD. Pozostał telefon i wiadomości w nim mnie atakujące, od dziś już nie. Tak się często zastanawiam, co jest powodem irytacji u ludzi, dziś ja sama od rana byłam zirytowana tym dziwacznym artykułem, zatem koniec czytania takich idiotyzmów. Nie chcę przeczytać, który polityk, którego obraził, który polityk wyłudził coś państwowego, kto jest w ciąży z celebrytek, kto kogo rzucił i się rozwodzi. Jak dla mnie są to informacje tworzące szum, nie mam chęci na rozdrabnianie się i przyswajanie takich wieści. Ktoś powie – jak chcę żyć nie wiedzą, co się dzieje, a ja odpowiem – to, co mi podają media to tylko 10 % faktów prawdziwych.
Zastanówcie się, co usłyszycie włączając radio w drodze do pracy, wiadomości zaczynają się od wypadków, katastrof i zbrodni, potem dopiero są inne informacje. W jakim celu tak są skonstruowane? Ano w celu utrzymania w nas stałego lęku, poczucia zagrożenia, nieufności.  W celu manipulacji naszymi emocjami. My nie oglądamy, nie słuchamy i nie czytamy wiadomości, one i tak w różny sposób docierają do nas – w kolejce, od znajomych, od sąsiada, w pracy itd.

To jest nasze zdanie, nasz sposób na życie i nasze pomysły na nie.  My tak chcemy żyć, bo każdy ma prawo do własnych wyborów. 

czwartek, 11 maja 2017

Listy czytelników i ich mądre słowa



Ostatnio wiele osób do mnie pisze, piszecie głównie o tym jak trudno Wam z kredytami, jak u niektórych z Was rozpadły się związki, a u innych wzmocniły. Cenię sobie wszystko, co piszecie, chciałabym się podzielić z innymi Waszymi wartościowymi myślami, pozwolę sobie zacytować w związku z tym malutkie, ale bardzo cenne fragmenty.


„Właśnie na tym polega życie, aby w trudnych chwilach skupiać się na rozwiązywaniu problemów i jednoczeniu rodziny”

„Wokół nas mogą być potężne sztormy, ale przetrwamy je, jeśli tylko między nami będzie jedność”

„Potrzebuje czasami czegoś takiego, że „można"„



Piszecie o swoim bólu, sięgania dna, postanowieniach, upadkach i wzlotach. Wielu z Was pisze o braku wsparcia ze strony rodzi, często o przyczynie Waszych kłopotów finansowych. Niestety znam to z autopsji. Czuję się zaszczycona, że opowiadacie mi o tym. Podziwiam każdego z osobna, jak wiele osób walczy, jak jesteście silni, jak bardzo wzrosła społeczna świadomość o uzależnieniu nas przez banki i pęd do posiada nakręcany przez reklamy, tv, czasopisma itd. Jesteście niesamowici, ile w Was woli walki, jak wiele rozsądku i mądrości. Dziękuję Wam za wszystko!!

środa, 10 maja 2017

Cukier krzepi??




Często zarzuca mi się, że moje biedne dzieci żują bez batonów, cukierków, czekoladek, lizaków itd., Ale czy osoby, które to mówią, piszą tak naprawdę zastanawiają się nad całym tematem.  Wiele osób używa hasła „Jak to dzieciństwo bez słodyczy?”
Obecnie powstało wiele publikacji na temat bezsensownego hasła głoszonego na początku XX wieku „Cukier krzepi”. Powszechnie już wiadomo, że również za nadwagę nie jest odpowiedzialny tłuszcz a węglowodany, który najczęściej dostarczamy w postaci słodyczy, a nie w postaci warzyw, kasz i owoców. Ostatnio w sklepie przeczytałam, jaką ma zawartość teoretycznie niedosładzany deserek w słoiczku dla niemowląt, otóż w 185 g jest 20 g cukru. Całkiem niezła dawka jak dla niemowlaka w wieku mniej niż 1 rok. W herbatce dla niemowląt w składzie znalazłam 2 % ziół a reszta to glukoza, super, kaszka dla niemowląt nie wypadła lepiej. Czyli od najmłodszych lat serwujemy sobie cukier i się od niego uzależniamy, podobno cukier uzależnia 8 razy bardziej niż kokaina, wraz z dużym spożyciem cukru sprowadzamy na siebie sporo problemów. Dowiedziono naukowo, że osłabia system immunologiczny, powoduje nadaktywność, niepokój, trudności z koncentracją, podatność na infekcje, przyczynia się do utraty kolagenu, przez co tracimy elastyczność tkanek, karmi nowotwory, ostatnie badania wykazują związek z rozwojem raka piersi, jajników, prostaty, okrężnicy oraz żołądka. Są badania wskazujące na związek z dużym spożyciem cukru i osłabieniem wzroku. Cukier przyczynia się do rozwoju próchnicy i paradontozy, jest jedną z czołowych przyczyn otyłości. Wielu naukowców uważa, że ma związek z chorobami autoimmunologicznymi – artretyzm, astma, stwardnienie rozsiane. Przyczynia się do niekontrolowanego rozrostu Candidy.  A jak wiadomo chorowanie nie jest oszczędne i tanie. Oczywiście nie pisze tu o cukrze, który pozyskuje nasz organizm z warzyw, owoców i kasz, ale o cukrze z naszych cukierniczek i słodyczy. Cukier niestety jest w większości produktów spożywczych i nie tylko. Cukier jest w paście do zębów dla dzieci, czasem trafia się i w tej dla dorosłych pod postacią słodzików (sama nie wiem, co gorsze, ale chyba słodzik stoi u mnie na wyższym miejscu listy na „nie”). Cukier jest w keczupie, wędlinach, musztardzie, majonezie, pasztetach, gotowych daniach, gotowych produktach rybnych. Ostatnio kupiłam gotowe śledzie w oliwie, jakoś tak sprawdziłam skład tylko pod kątem konserwantów i glutenu, w domu otworzyłam opakowanie do kolacji i okazało się, że dla nas są te śledzie nie jadalne, były tak obrzydliwie słodkie, musiałam je wyjąć z zalewy, wymoczyć, a potem zrobić własną zalewę pomidorową na ostro. Podobnie miałam z opakowanie śledzi w żurawinie, które podarowała mi teściowa. Jak to mówią „darowanemu koniowi…….” Sprawdziłam tylko czy nie ma pszenicy i podałam domownikom, tych nie dało się zjeść, smakowały jak byśmy jedli cukier łyżeczką. Powstaje pytanie, czemu tak były słodkie, kto to je? Odpowiedź jest prosta, jak by nie smakowało to by się nie sprzedawało, a producent musiał by zmienić skład, widać społeczeństwo jest mocno uzależnione od słodkich produktów i dla większości smak jest w porządku.
Niestety cukier to główny składnik, który powoduje, że konsument chętnie zjada danie, dodajmy do tego wzmacniacz smaku i powstaje z każdego dania, danie idealne. W większości produktów spożywczych znajdziemy trzy główne składniki odpowiedzialne za nadwagę - cukier, wzmacniacz smaku (dołączono go oficjalnie do listy produktów odpowiedzialnych za nadwagę) oraz pszenicę. Niestety nie zdajemy sobie sprawy z tego sprawy, kupujemy bez sprawdzania składu (jak widać sama się złapałam w tę pułapkę). 

Ostatnio syn poprosił mnie o kupno czekolady, kupiłam mu gorzką, ale nie było mocniejszej niż 45% kakao, wziął tafelek i wypluł, stwierdził, że jest za słodka, przerobiłam ją na polewę do ciasta, zmniejszyłam zawartość cukru w cieście i zbilansowałam smak. To była czekolada z nazwy gorzka, a co jak bym kupiła mleczną? Teraz dzieci wolą zrobić sobie kubek kakao na mleku owsianym lub kokosowym jak mają chęć na czekoladę. Syn dostał lizaka na walentynki od koleżanki, niestety nie dał rady go zjeść, bo uznał, że jest za słodki. W obliczu tego zastanawiam się, co mam powiedzieć osoba, które żałują moich dzieci. No tak powinnam bić się w pierś, że zniszczyłam im dzieciństwo, bo teraz nie lubią słodkiego, same unikają mocno słodzonych produktów, owszem chętnie sięgają po słodkie przekąski, ale są to rodzynki, czekolada z zawartością kakao około 70% i więcej, lubią kromkę chleba z miodem. Jeśli piją sok to zazwyczaj go rozcieńczają sami wodą twierdząc, że jest za słodki. Możecie nie wierzyć, ale ja już nie mówię nic w temacie słodyczy. Ostatnio córka zjadła 3 tafelki czekolady, a potem uznała, że jest jej niedobrze, nie jadła czekolady przez tydzień. 


Na zdjęciu domowa czekolada i domowy alkohol:) 

Owszem, co sobotę pieczemy ciasto w domu lub ciasteczka, to jest nasz, co tygodniowy rytuał, lubimy wtedy usiąść przy grze i podjadać coś słodkiego. Dorośli dostają do tego lampkę domowego wina, a dzieci kubek gorącego kakao. 

Ok, a teraz możecie osądzać, wyśmiewać, i współczuć moim biednym niedosłodzonym dzieciom. 


76 sposobów, na jakie cukier rujnuje Twoje zdrowie


„Nadmierna ilość cukru ma wpływ na każdy narząd organizmu. Początkowo jest magazynowany w wątrobie w formie glukozy (glikogenu). Ponieważ pojemność wątroby jest ograniczona, dzienny pobór cukru rafinowanego (powyżej wymaganej ilości naturalnego cukru) szybko powoduje, że wątroba rozszerza się jak balon. Gdy wątroba jest wypełniona do swojej maksymalnej objętości, nadmiar glikogenu powraca do krwi w formie kwasów tłuszczowych, które zostają przeniesione do każdej części ciała i magazynowane w najmniej aktywnych miejscach: na brzuchu, pośladkach, piersiach i biodrach.”


na j

poniedziałek, 8 maja 2017

Jadłospis obiadowy



Jadłospis obiadowy od 8 do 16 maja





 Poniedziałek
Jarzynowa (użyłam wywaru z gotowania żeberek do pieczenia w niedzielę)
Śledź smażony, ziemniaki, surówka z kapusty białej z rodzynkami

Wtorek
Jarzynowa
Makaron ze szpinakiem i białym serem

Środa
Krupnik z ziemniakami
Gulasz, kasza gryczana, buraki zasmażane

Czwartek
Krupnik z ziemniakami
Jajko sadzone, ziemniaki, marchewka gotowana

Piątek
Pieczarkowa z makaronem
Wątróbka w sosie, ziemniaki, ogórek kiszony

Sobota
Pieczarkowa z makaronem
Śląskie z boczkiem i cebulką, zasmażana kapusta

Niedziela
Rosół z makaronem
Pulpety w sosie koperkowym, ryż, surówka z marchewki na ostro

Poniedziałek
Rosół z makaronem
Racuchy z musem jabłkowym

Wtorek
Kapuśniak z ziemniakami


Tak będziemy jedli w tym tygodniu, mięso kupuję w ubojni (całe półtusze), kasze, ryż, w hurtowni (duże opakowania po 5 kg), ogórki, buraki, kapustę kiszoną mam z własnych letnich i jesiennych przetworów, Wszystkie dania przygotowuję od podstaw, nie kupuję gotowych. Robię ostatnio jadłospis z rodziną w niedzielę wieczorem, dzieci opracowują po trzy dni i układamy je w całość, oczywiście uwzględniamy nasze zasoby domowe i finansowe. Jadłospis układamy zazwyczaj na 10 dni, dzieci po trzy  dni do opracowania, a kolejne cztery robimy z mężem, potem wspólnie układamy na dni tygodnia by całość do siebie pasowała. Kiedyś cały układaliśmy razem, teraz uczę dzieci samodzielnej pracy. Na koniec spisujemy listę brakujących produktów dzięki temu nie zabraknie składników do przygotowania potraw. Mamy też możliwość wcześniejszego rozmrożenia mięsa, ryby, ugotowania ziemniaków do klusek, czy zakupu warzyw, nabiału. Jeśli po między przyjdzie nam ochota na inne danie, przesuwamy jadłospis i trzymamy się go dalej.  Na początku miesiąca uzupełniamy zapasy mąki, ryżu, kaszy, cukru by tym się już potem nie kłopotać. Takie planowanie daje możliwość sporych oszczędności, wykorzystania wszystkich produktów znajdujących się w domu, oraz rozsądne i spokojne zrobienie zakupów. Naprawdę polecam te małe zabiegi organizacyjne - planowanie jadłospisów/ zakupów, prowadzenie budżetu domowego, dzielenie obowiązków domowych całej rodzinie, dzieci mają dzięki temu możliwość przyuczenia się do dorosłego życia, wiedza szkolna im tego nie zapewnia. 

czwartek, 4 maja 2017

Wspomnienia trudnych lat.



Takie wspominki mnie naszły przy okazji zmiany naszej sytuacji finansowej. Przypomniałam sobie jak bywało ciężko, był czas, gdy nasze opłaty przewyższały dochody, nie uwzględniając wydatków na codzienne życie, paliwo, przejazdy. Opłaty za zaciągnięte raty, rachunki za prąd, wodę, abonamenty itd., były wyższe niż mieliśmy pewnego miesięcznego dochodu.  W domu troje dzieci, nas dwoje, więc lekko nie ma trzeba dzieci i siebie nakarmić. Brak rodziny, która spieszy z pomocą nie ułatwiał sprawy. Dzieci chorowały, koszty leków rosły, nie było nas stać na nic, leczenie kota to była czysta fanaberia, w chwili, gdy nie było na leki dla dzieci. W tak trudnych chwilach musieliśmy sami dać radę. 



Usiedliśmy z mężem dokładnie przeanalizowaliśmy nasze wydatki, zmieniliśmy abonamenty za telefony, zrezygnowaliśmy zupełnie z tv, liczyliśmy każdy litr paliwa spalony przez samochód, ograniczyliśmy ogrzewanie domu do minimum, zaczęliśmy całkowicie produkować własną żywność by jeść zdrowo, ale tanio, przerabiałam odzież, żyliśmy tylko na używanej odzieży i obuwiu, zaczęliśmy uprawiać ogródek a zimą, co się da na parapecie by mieć witaminy, w lecie przyjmowaliśmy wszystkie owoce i przerabialiśmy na przetwory by zimą wydać mniej. Szukaliśmy dodatkowych możliwości dochodu, dbaliśmy o to by dzieci, choć raz w roku wyjechały na wakacje w celu nabrania odporności, nie było dla nas istotne, jaki jest to wypoczynek, najważniejsza była zmiana klimatu. Kilka lat z rzędu w zamian za opiekę nad psem i mieszkaniem mieliśmy możliwość wyjazdu wakacyjnego nad morze. Dużo chodziliśmy pieszo by oszczędzać na wydatkach za transport, kiedy była możliwość jeździliśmy rowerami, wszystko by tylko można było zaoszczędzić. Gdy jest się przyciśniętym do ściany nie marudzi się i nie kaprysi, nie ma miejsca na mazanie, narzekanie, wygodę i foch. Wszystkie nasze działania były nastawione na zmniejszenie wydatków. Najpierw udawało się dopinać miesiąc, potem udawało się coś spłacać do przodu i tak pomalutku, pomalutku szliśmy krok za krokiem do momentu dnia dzisiejszego.  Na początku musieliśmy przejść na kredyt konsolidacyjny, ale zrobiliśmy to tylko raz, potem zaczęliśmy zmniejszać wszystkie długi dookoła dwóch poważnych kredytów. Po za kredytami mieliśmy długi u osób prywatnych, one ciążyły najbardziej, bank to bank prosty układ, ale patrzeć komuś w oczy i nie mieć jak spłacić pożyczki to było trudne. Pomalutku spłacaliśmy, co się dało, ale życie dostarczało nam dodatkowych problemów awarie sprzętu w domu, rozbite auto, groźba utraty pracy przez męża, choroby, problemy szkolne dzieci itd. Każdy problem nas jednoczył, motywował do działania i popychał do przodu. Jak długo będzie nam dane odetchnąć? Nie wiem, ale cieszę się każdą chwilą i doceniam wszystko, co mam. W czasie naszego małżeństwa (w tym roku 26 lat) bywało już nie raz, że jedliśmy chleb smarowany nożem, że podupadaliśmy na zdrowiu, bywało różnie, ale tak ciężko jak przez ostatnie 10 lat nie było. Mąż cierpiał na przewlekłą bezsenność, ja chudłam, niestety stres nas niszczył, rodzina nie wspierała, dobrze, że mieliśmy siebie nawzajem. W czasie naszej walki o przetrwanie, spłatę i w miarę godne życie musieliśmy wyprzedać nasz wiele lat gromadzony księgozbiór, sprzęt męża do nurkowania (i tak nie było go stać na wyjazdy), przeglądaliśmy wszystkie nasze domowe zasoby i szukaliśmy możliwości uzyskania pieniędzy. Przedmioty to tylko przedmioty, najważniejsza jest rodzina. Udało nam się pozbyć 7 kredytów i to nie były kredyty na 5000 zł, 8 kart oraz zadłużenia na 20 000 zł u osób prywatnych.

Nie poddawajcie się, jak to mój mąż w pewnym momencie stwierdził – sięgnęliśmy dna, więc teraz tylko można w górę. 

niedziela, 30 kwietnia 2017

Banki nie są przyjazne dla spłacających kredyty!!!!



Tak jak pisałam wcześniej nadszedł czas zamykania kredytów. Jak się okazuje nie jest to całkiem prosta sprawa, niektóre banki na siłę nie pozwalały nam zamknąć kredytu. Trzymały nasze ostatnie większe wpłaty po nawet 3 tygodnie. Byliśmy atakowani przez konsultantów z infolinii, namawiali nas na pozostanie przy kredytach, chcieli zmniejszyć oprocentowanie, wysokość raty, kwotę ubezpieczenia itd. Namawiali nas na zaciągnięcie nowej korzystniejszej pożyczki, zamiany tej, którą mamy. Generalnie banki próbowały nam udowodnić, jaką nierozważną rzecz robimy rezygnując z kredytów.  W jednym banku zaczęto nas traktować jak klienta gorszego sportu, bo chcemy spłacić kredyt i tylko mieć u nich konto. Wciskano nam na siłę debet do karty, nikt nie przyjmował do wiadomości, że nas to nie interesuje, raczej uważano, że jesteśmy nierozważni i zupełnie nie wiemy, co robimy.  Przeraziło mnie to całe podejście do klienta ze strony banków, pokazało to całą istotę systemu bankowego, jego ciemną stronę. Kazano nam oczywiście zapłacić prowizję za wcześniejsze zamknięcie kredytu, przy tym nie raz obrażono nasz intelekt. Banki udowadniały nam, że lepiej przechowywać u nich pieniądze niż spłacić kredyt. Doszło do absurdów w stylu braku prawidłowej weryfikacji przy korzystaniu z infolinii, bo my podawaliśmy, że nie mamy już kredytu, a bank nadal go nie zamykał. Smutnie to wszystko wygląda od tej strony. Ale co tam, przetrwaliśmy przez te 10 lat tak wiele, więc czym jest to w obliczu odzyskiwania wolności finansowej. Zupełnie inaczej spogląda się w jutro, inaczej myśli o przyszłości. Walczyliśmy zupełnie sami przez te wszystkie lata, rodzina nie dość, że nie pomagała to sama oczekiwała pomocy finansowej. Nie rozumiała i nie chciała rozumieć jak jest nam ciężko. Mimo to daliśmy radę, walczyliśmy o każdą złotówkę. Troje dzieci, jedna pensja, a długi tak wielkie, że wiele osób nie potrafi sobie wyobrazić takiej kwoty.  Czuliśmy się tak dumni idąc spłacić resztę zadłużenia, a banki traktowały nas w bardzo podły sposób. Czytajcie dokładnie to, co podpisujecie, uważajcie na drobne zawiłości umowy, wiem czasem jest się bez wyjścia i w milczeniu godzimy się na niekorzystne warunki pożyczki, znamy to z własnego doświadczenia, ale jak widać to bankowi strasznie zależy by złapać swojego nowego niewolnika, więc możemy próbować negocjować.  To dzięki pożyczkobiorcą banki tak dobrze prosperują, a jak widzą klienta, który ma dobrą historię kredytową, to łapią go w swoje szpony i nie chcą wypuścić.  To jest machina, którą napędzamy my ci, którzy się u nich zapożyczamy.  Po tych doświadczeniach wiemy jedno, nie stać nas na coś to tego nie kupimy, a jeśli to potrzebujemy to poczekamy, odłożymy pokombinujemy. Jak najdalej od kredytów i banków. Żyjmy tak na ile nas stać. Lokaty bankowe to też niezły kant, ale to już osobny temat…..





Nie dajcie się wciągać w system kredyt goni kredyt!!!!!!