niedziela, 8 listopada 2026

Nie odkładajmy życia na jutro, bo nie wiemy, co będzie jutro

 


Patrzę na to, co wydarzyło się w Krakowie, i jest mi po prostu bardzo smutno. Takie chwile uświadamiają mi, jak kruche jest życie i jak często sami odkładamy je na później.

Pamiętacie, jak w 2022 roku rozpadło się moje dotychczasowe życie, kiedy mój mąż uległ poważnemu wypadkowi? W takich chwilach jak ta dzisiaj wszystko do mnie wraca. Wraca też ta niepewność i świadomość, jak niewiele wiemy o tym, co przyniesie nam życie i co czeka na nas za kolejnym „zakrętem”.

Ciągle gdzieś się spieszymy, mamy coś do zrobienia, coś do załatwienia. Wydaje nam się, że na wszystko przyjdzie jeszcze czas. Że zadzwonimy jutro, porozmawiamy przy najbliższej okazji, przeprosimy, podziękujemy, powiemy komuś, że jest dla nas ważny. Tylko że nie zawsze to jutro nadchodzi.

Za bardzo przyzwyczailiśmy się do myśli, że ludzie, których kochamy, po prostu są i będą. Że zawsze będzie kolejna okazja, żeby spędzić razem czas, przytulić, powiedzieć coś miłego albo zwyczajnie pobyć ze sobą.

A przecież życie nie daje nam żadnych gwarancji.

Nie warto czekać na lepszy moment, spokojniejszy dzień czy specjalną okazję. Nie warto też pielęgnować urazów i udawać, że mamy nieskończenie dużo czasu.

Jeśli ktoś jest dla Was ważny, pokażcie mu to. Jeśli za kimś tęsknicie, zadzwońcie. Jeśli chcecie coś powiedzieć, powiedzcie. Nie odkładajcie bliskości na później.

Bo może się okazać, że to właśnie to zwyczajne dzisiaj, które tak łatwo nam umyka, jest czymś, za czym kiedyś będziemy najbardziej tęsknić.



Pochylam głowę w niemym milczeniu nad tą tragedią, pochylam serce w smutku i cieniu nad tym, co się wydarzyło. Pochylam myśli i lęk o jutro, by już nie przyszło tak okrutne…


czwartek, 5 listopada 2026

Moje życie – takie, jakie lubię



Według współczesnego świata prowadzę nudne i nieciekawe życie, ale ja je lubię i wcale nie mam zamiaru tego zmieniać.

Nie kupuję markowych ciuchów tylko dla metki. Moje ubrania nie zawsze są znanych firm, ale zawsze zwracam uwagę na ich skład.

Nie robię paznokci u kosmetyczki, zwyczajnie tego nie lubię. Czasem maluję je sama. Mam trzy lakiery, które pasują do każdej mojej kreacji i na każdą okazję.

Nie muszę co weekend gdzieś wychodzić. Uwielbiam wieczory w domu z mężem i najstarszym synem. Czasem coś razem oglądamy, czasem czytam, robię na drutach albo gram w gry komputerowe. Bywa, że po prostu siedzimy, rozmawiamy i jemy ciasto, popijając je herbatą.

Owszem, od czasu do czasu wychodzę na koncert, do teatru czy do znajomych, ale różnie z tym bywa. Czasem przez trzy miesiące nigdzie nie wychodzę, a czasem zdarza się, że mam trzy wyjścia w tygodniu.

Nie muszę spędzać wakacji w tropikach ani w modnym miejscu. Chętnie zwiedzam Polskę. Ostatnio moim celem są zamki i pałace.

Nie wydaję pieniędzy na drinki w barach i pubach. Kiedyś zwyczajnie było mi szkoda na nie pieniędzy, a teraz od ponad roku nie piję w ogóle alkoholu.

Do restauracji chodzę kilka razy w roku, a nie co miesiąc. Lubimy eksperymentować w kuchni i wspólnie gotować. Nie potrzebujemy częstych wyjść do restauracji, żeby dobrze się bawić.

Nie mam instagramowego domu. Mam swój własny, urządzony tak, jak lubimy. Bez konkretnego stylu, za to w naszych kolorach, z naszymi drobiazgami. To nasze miejsce do życia i nasz gust. Dom ma być do mieszkania, a nie do pokazywania.

Nie mam dekoracji na każdą porę roku i każde święta. Owszem, na Boże Narodzenie mam choinkę, a na Wielkanoc zajączka, ale nie dekoruję domu specjalnie na jesień, lato czy wiosnę.

Nie mam świątecznej pościeli. Mam obrus. Tak, obrus mam.

Nie chodzę na siłownię, ćwiczę w domu. Nie uczę się języków obcych, nie chodzę na warsztaty rozwoju osobistego, malarskie ani na zajęcia z tworzenia map marzeń. Za to czasem wybieram się na wykłady w muzeum albo spotkania autorskie w miejskiej bibliotece.

Lubię być gospodynią. Lubię prowadzić dom, gotować, piec ciasta, naprawiać i przerabiać ubrania. Lubię być mamą, choć moje dzieci są już dorosłe, a dwoje z nich nie mieszka w domu rodzinnym.

Lubię zajmować się ogrodem, sprzątać, kontrolować domowy budżet. I wiecie co? Ja nawet lubię prasować! Lubię też robić przetwory i przygotowywać zapasy na zimę.

Zdradzę Wam jeszcze jedno dziwactwo: od 35 lat jestem żoną i wciąż kocham swojego męża. Tak po prostu. Po tylu latach nadal lubimy spędzać razem czas, rozmawiać i dzielić codzienność. Nie potrzebuję wielkich romantycznych zrywów jak w filmach. Dobrze mi z nim. Razem idziemy przez życie już tyle lat. A przecież podobno po tylu latach powinno być już nudno, prawda?

Ogólnie dla wielu osób moje życie może wydawać się nudne.

Dla mnie nie jest. I to mi w zupełności wystarczy. Chyba urodziłam się nie w tych czasach, w których powinnam. Odrobinę odstaję od współczesnego wzorca kobiety kreowanego przez media społecznościowe. Bo przecież powinnam ciągle gdzieś wychodzić, podróżować po świecie, dbać o idealny wygląd, rozwijać się na kolejnych warsztatach, mieć piękne wnętrza i pokazywać to wszystko w mediach społecznościowych.

A ja po prostu lubię swoje życie. Lubię zwyczajne dni, domowe obowiązki i spokojne wieczory. Dla wielu osób moje życie może wydawać się nudne. Dla mnie nie jest i takie ma pozostać. Bo to mi wystarcza.


sobota, 31 października 2026

Nie zawsze chodzi o pieniądze - wiązanka na cmentarz zrobiona własnoręcznie

Tak jak już wspominałam, w tym roku postanowiłam samodzielnie wykonać wiązanki na groby naszych rodziców. Nigdy wcześniej nie robiłam tego typu ozdób. Nie jestem florystką, nigdy nie byłam nawet na takim kursie.

Zakupiłam dwa bukiety chryzantem, każdy po 6 zł – była promocja w Auchan. Następnie kupiłam florety po 4,90 zł za sztukę, do tego dwie gałązki miedzianych liści, każda po 1,50 zł, bukiecik jasnych kwiatków za 6,50 zł, dwie gotowe wstążki za 10 zł oraz dwie kwadratowe kamienne deski, przecenione z 8 zł na 4 zł za sztukę.

Łącznie wydałam na materiały do jednej wiązanki 24,65 zł.


Świeże dodatki, takie jak świerk i tuja, miałam z własnego ogrodu, a odrobinę tui dostałam od sąsiada. Silikon do połączenia floretów z deskami miałam w domu – pozostał mi po naprawach w łazience.

Obejrzałam kilka filmów znalezionych w Internecie.

Na wykonanie każdej wiązanki poświęciłam około 40 minut, czyli razem niecałe 1,5 godziny. W ten sposób miałam gotowe dwie ozdoby, które w najdłuższym miejscu miały około 65 cm.



Już w zeszłym roku o tym myślałam, ale nie miałam odwagi spróbować i samodzielnie się za to zabrać. W tym roku stwierdziłam: zrobię i zobaczę. Zawsze przecież mogę coś kupić.

Kiedy robiłam te wiązanki, dotarło do mnie, że nie chodzi w tym tylko i wyłącznie o zaoszczędzone całkiem niemałe pieniądze. Chodzi też o to, że zrobiłam je samodzielnie, włożyłam w to swój czas i myślałam o osobach, dla których je przygotowywałam. Jedna wiązanka spoczęła na grobie moich rodziców, druga na grobie teściów.

Znicze zakupiłam dużo wcześniej, na jakiejś szalonej promocji, wydając na jeden 9,50 zł. Przy cmentarzu dokładnie takie same były w cenie 25 zł.

Myślę, że całkiem fajnie wyszły te moje wiązanki. Zaoszczędziłam, jak sądzę, od 150 do nawet 200 zł na dwóch.

Wiem, można by zastosować grubsze igliwie, inne dodatki, ale mnie się podobają. Zrobiłam je sama i wiecie co? Naprawdę dobrze się z tym czuję.

Stać mnie, żeby kupić takie wiązanki, ale nie zawsze o to chodzi. Nawet nie zawsze chodzi o oszczędność.

Wiem, każdy ma inne widzenie świata, a ja to ja i już.

W czasach szybkiego życia i łatwej dostępności niemal wszystkiego nie wszystko trzeba kupować gotowe, nie wszystkiego trzeba się bać i nie trzeba być specjalistą, żeby zrobić coś ładnego. Czasem wystarczy spróbować, zaryzykować i uwierzyć w siebie. A satysfakcja? Nie ma ceny i nie można jej kupić.