Jesień zadomowiła się już na dobre. Jeszcze mamy przyjemnie
ciepłe dni, ale już coraz bliżej chłody, niestety.
U mnie, jak co roku, spiżarnia się wypełnia. Teraz pojawiają
się w niej już ostatnie przetwory. Dziś suszę lubczyk z ogrodu, a wczoraj
zrobiłam sok z winogron. Nie robimy już wina, nie robimy już żadnych
alkoholowych napojów. Ja od roku nie wypiłam grama alkoholu. Jedyny, jaki
trafił do mojego organizmu, to spirytus salicylowy na skaleczenie, bo akurat
miałam go pod ręką. Mogę w pełni oświadczyć, że jestem abstynentką.
Piękne są te chwile, gdy moja spiżarnia się wypełnia, gdy w
zamrażarce zaczyna brakować miejsca, bo jest pełna zapasów. Robienie
przetworów, mrożenie warzyw i owoców daje mi możliwość życia w rytmie pór roku.
Uwielbiam ten czas. Lubię obserwować przyrodę, lubię czuć jej zapach.
Pewnie jesteście ciekawi, co znalazło miejsce w mojej
spiżarni, więc już Wam opowiadam.
Mam dżem z wiśni, oczywiście z moich własnych, ogrodowych.
Do słoików trafiły też truskawki z poziomkami – poziomki z naszego ogrodu
(obsadziłam poziomkami puste miejsca przy winorośli i jestem w szoku, że nadal
mamy świeże poziomki w październiku), a truskawki z bazarku. Oczywiście nie
mogło zabraknąć ogórków kiszonych (ogórki z bazarku, moje własne wystarczały na
bieżące potrzeby).
Jest też mus z jabłek – jabłka nasze, własne, ogrodowe.
Zrobiłam aż 62 słoiki! Niezmienna klasyka jesiennych przetworów, czyli powidła
śliwkowe, również zostały usmażone. Jest też sok z czerwonej porzeczki,
oczywiście z naszego ogrodu. Dżem z czarnej porzeczki, niestety w tym roku nie
z naszych ogrodowych, ptaki zjadły, a część z powodu upału opadła.
Pierwszy raz zrobiłam buraki obiadowe bez octu, tylko z
sokiem z cytryny. Na próbę zrobiłam 10 słoików – zobaczę, jak będą się
trzymały.
Mam zamrożoną włoszczyznę, koperek, śliwki i truskawki.
Niestety, borówek nie udało mi się już zamrozić.
Teraz pozostało jeszcze zakisić kapustę, kupić ziemniaki na
zimę i już można wrócić do robótek na drutach, czytania i malowania.
Uwielbiam ten czas, gdy półki spiżarni się wypełniają. Lubię
to poczucie, że wszystko, co potrzebne na zimę, jest już przygotowane. Mieszkam
na wsi, nie mam sklepu za rogiem, a zimy bywają różne. Nauczyłam się, że zapasy
to obowiązek, a nie wybór.
Mnie robienie przetworów i zapasów na zimę dopełnia. Czuję
wtedy spełnienie, czuję, że wpisuje mnie to w rytm roku. Lubię też fakt, że
wiem, co zawierają moje przetwory, mam wpływ na ich skład i smak.
Wiele osób odchodzi od tego zwyczaju. Uważają, że się nie
opłaca, że szkoda czasu.
A dla mnie to zupełnie inny wymiar pracy. To bardziej
medytacja, wsłuchanie się w siebie… To czas dla mnie, chwila wyciszenia.
Czasami, skubiąc np. koperek, nawet o niczym nie myślę. Kiedyś nie lubiłam
robić przetworów. Szczególnie w dzieciństwie, kiedy robiło się ich masę, bo w
sklepach nie było. Dopiero z czasem „dorosłam” do tego, żeby zobaczyć w tym coś
zupełnie innego.
A Wy? Lubicie, nie lubicie? Robicie czy nie robicie
przetworów na zimę?


