piątek, 20 lutego 2026

Torba z odzysku: jak stare bojówki dostały drugie życie

 


Kolejny punkt na mojej liście szyciowej odhaczony!

Uszyłam torbę na zajęcia sportowe z bojówek męża. Spodnie były już przetarte tu i ówdzie, więc wykorzystałam wszystko, co jeszcze nadawało się do użycia. Szyłam całkowicie „z głowy”, bez wykroju — projekt powstał na kartce w jakości rysunku 3–4-latka. I mogę już to napisać: to była moja pierwsza prawdziwa torba w życiu. No dobrze… druga — bo wiele lat temu szyłam małą, płaską torebeczkę dla córki. Tak złożonego projektu jeszcze nigdy nie robiłam.

Na podszewkę wykorzystałam zasłonę, która wcześniej była obrusem. Dziś jej część jest kuchennym fartuszkiem, a kolejny fragment stał się podszewką torby i woreczkiem na buty sportowe. Lubię takie historie rzeczy, które dostają kolejne życie.



W szafie czekają już następne projekty: dwie torby lekko napoczęte. Do jednej mam wycięte około 1/3 kwadratów na jeansową torbę patchworkową, do drugiej — wydziergany na drutach korpus. Po tej realizacji czuję, że szybciej zabiorę się za kolejne, bo po prostu nabrałam odwagi.

Nie obyło się oczywiście bez prucia, pomyłek i szukania podpowiedzi w internecie — na przykład jak zrobić dno torby przez zaszywanie rogów. Ale efekt końcowy naprawdę mnie cieszy. Pasek do zapinania to oryginalny pasek ze spodni, kieszeń pochodzi z tylnej części bojówek, dolne fragmenty nogawek posłużyły jako korpus torby, a z górnych wycięłam paski na uchwyty.




Szycie zajęło mi niecałe cztery godziny, rozłożone na dwa dni.

Wiem, że torba ma swoje niedoskonałości. Ale ma też wiele zalet: nie wydałam na nią pieniędzy, po skończeniu czułam ogromną satysfakcję, mam coś absolutnie unikatowego, a dodatkowo torba ma dokładnie tyle kieszeni, ile lubię — a tego zazwyczaj brakuje w gotowych produktach.

Przez wiele lat nie wierzyłam w siebie. Chyba nawet nie lubiłam szyć, bo z góry zakładałam porażkę. W końcu postanowiłam się przełamać, wyjść ze swojej skorupki i po prostu spróbować. I udało się.

Te ostatnie moje uszytki pokazały mi coś bardzo ważnego — że odwaga nie polega na tym, że wszystko wychodzi idealnie. Odwaga to decyzja, żeby zacząć mimo wątpliwości. A kiedy już się zacznie, okazuje się, że krok po kroku można nauczyć się więcej, niż się kiedykolwiek przypuszczało.




Dziś wiem jedno: dla chcącego naprawdę nie ma nic trudnego. Czasem trzeba tylko dać sobie prawo do prób, błędów i nauki. A satysfakcja z własnoręcznie zrobionej rzeczy jest warta każdej minuty wysiłku.

Często słyszę pytanie: „A opłaca Ci się? Nie szkoda Ci czasu?”

Jakie szkoda? Jakie opłaca?

Po pierwsze — szyję z rzeczy, które najpewniej wylądowałyby na śmieciach. Daję im drugie życie. Po drugie — każdy ma swój sposób na spędzanie czasu. Jedni biegają, inni grają w gry komputerowe, ktoś ogląda seriale, a jeszcze ktoś klei domki z zapałek.

Szycie jest po prostu moim sposobem. Daje mi spokój, satysfakcję i poczucie, że tworzę coś własnymi rękami. I to jest wartość, której nie da się przeliczyć na pieniądze ani minuty.

Ja naprawdę czuję satysfakcję z tego, że mogę coś tworzyć. Ta świadomość, że z kawałków materiału, z rzeczy już niepotrzebnych powstaje coś nowego i użytecznego. Coś, co zostaje ze mną na dłużej i ma swoją historię.

Nie wszystko w życiu musi się opłacać — wystarczy, że daje radość i poczucie sensu.


Dzielę się z Wami moim światem – od ogrodu, przez oszczędzanie i gotowanie, po szycie i urządzanie domu. Jeśli chcecie symbolicznie mnie wesprzeć, możecie postawić mi wirtualną kawę.  To dla mnie piękny znak, że to, co robię, ma dla Was wartość.



wtorek, 17 lutego 2026

Ile ubrań naprawdę nosimy....

 


Statystyki mówią, że regularnie nosimy tylko 20–30% ubrań.

Reszta leży w szafie – często przez lata.

I właśnie te nienoszone rzeczy są… najlepszym materiałem do przeróbek.

Brzmi dziwnie…? A jednak warto się nad tym pochylić.

 


Badania i audyty szaf pokazują, że:

– ok. 1/3 ubrań nie jest noszona ani razu w ciągu roku,

– kolejne nosimy sporadycznie,

– a nasze codzienne życie opiera się na niewielkiej, sprawdzonej bazie.


U mnie wcale nie wygląda to lepiej. Pracuję nad stworzeniem szafy kapsułowej, ale – jak każdy – mam swoje „grzeszki”.

Stwierdziłam jednak, że zamiast traktować to jako porażkę, zaczęłam traktować to jak zasób.

Dlaczego? Bo nienoszone ubrania świetnie nadają się do przeróbek:

– nie ryzykujesz – i tak nie nosisz

– znasz już materiał (wiesz, jak się pierze, czy się gniecie, czy „gryzie”),

– nie ma presji, żeby było idealnie, bo szkoda materiału

– możesz dopasować ubranie do siebie, a nie siebie do ubrania.

Co najczęściej przerabiamy z „martwej strefy” szafy?

– zbyt ciasne bluzki - luźniejsze topy,

– długie sukienki - spódnice lub bluzki,

– koszule - domowe bluzki, narzutki, piżamy, poszewki

– spodnie - torby, fartuchy, panele do innych projektów,

– „ładne, ale jakoś do mnie niepasujące” - ubrania do chodzenia po domu (i nagle okazuje się, że są noszone!)

Czasem wystarczy naprawdę niewiele: skrócenie, zmiana rękawów (wypruwamy stare, odrysowujemy formę i wycinamy nowe – nawet z innego ubrania), doszycie innego materiału albo po prostu zmiana przeznaczenia.

 Szafa przestaje być magazynem wyrzutów sumienia, a zaczyna być pracownią.

A satysfakcja i poczucie indywidualności? Dla mnie – bezcenne.

 

Jak przerobić za ciasną bluzkę na luźniejszy top (bez wykroju)

Co potrzebujesz: zbyt ciasną bluzkę (bawełna, wiskoza, dzianina – najlepiej coś, co już znasz), drugie ubranie lub kawałek materiału (na wstawki), nożyczki, szpilki, maszynę lub igłę z nitką, żelazko. 

  1. Odetnij dół bluzki. Zostaw górę z dekoltem i ramionami – potraktuj ją jak krótki top lub karczek.
  2.  Z innego ubrania wytnij prostokąt materiału. Szerokość: tyle, ile chcesz dodać luzu + zapas na szwy. Długość: tyle, jak długi ma być nowy top.
  3.  Jeśli chcesz więcej luzu – zrób lekkie marszczenie. Przestębnuj górną krawędź prostokąta i delikatnie ściągnij nitkę.
  4.  Przyszyj wstawkę do odciętej góry, prawa strona do prawej, zaprasuj szew.
  5.  Wykończ dół i gotowe.

Masz luźniejszy, dłuższy top – często wygodniejszy niż oryginał. Nadasz mu swój styl i charakter.


Dzielę się z Wami moim światem – od ogrodu, przez oszczędzanie i gotowanie, po szycie i urządzanie domu. Jeśli chcecie symbolicznie mnie wesprzeć, możecie postawić mi wirtualną kawę.  To dla mnie piękny znak, że to, co robię, ma dla Was wartość.


piątek, 13 lutego 2026

Ogrzewanie z głową. Jak obniżyć rachunki bez życia w swetrze

 


Wbrew obiegowym opiniom rachunki za ogrzewanie nie zależą wyłącznie od tego, jak bardzo skręcimy grzejniki. W praktyce największe znaczenie mają stabilność temperatury, sposób wietrzenia oraz ustawienia ogrzewania, a nie jednorazowe „zaciskanie pasa”.

 Ogrzewanie domu czy mieszkania to nie luksus — to podstawowa potrzeba. Oszczędzanie ma sens tylko wtedy, gdy nie odbywa się kosztem zdrowia i normalnego funkcjonowania.

 Wysokie rachunki bardzo często nie wynikają z „drogiego ogrzewania”, ale z kilku powtarzalnych błędów, które wiele osób popełnia zupełnie nieświadomie.

 

Najczęstsze błędy przy ogrzewaniu

1. Stałe uchylanie okien

To jeden z najdroższych nawyków. Uchylone okno przez godzinę sprawia, że ogrzewanie pracuje bez przerwy, próbując dogrzać uciekające ciepło. Znacznie taniej i skuteczniej jest krótkie, intensywne wietrzenie (5–10 minut) przy zakręconych grzejnikach.

2. Skręcanie grzejników „do zera”, a potem gwałtowne dogrzewanie

Takie huśtawki temperatur powodują, że system grzewczy zużywa więcej energii, niż gdyby pracował stabilnie. Ogrzewanie działa najefektywniej wtedy, gdy temperatura nie spada drastycznie, a zmiany są niewielkie i zaplanowane.

3. Jednakowa temperatura w całym domu

Ustawianie tej samej temperatury w salonie, sypialni, łazience i korytarzu to częsty błąd. Różnicowanie temperatur to jedna z najprostszych i najzdrowszych form oszczędzania, która nie obniża komfortu. Zalecane wartości: salon / pokój dzienny: 20–21°C, sypialnia: 17–19°C, kuchnia: 18–19°C, łazienka: 22–24°C, przedpokój / korytarz: 16–18°C. Każdy dodatkowy stopień to realny wzrost kosztów ogrzewania. Ciepło tam, gdzie go potrzebujemy, i chłodniej tam, gdzie przebywamy krótko — to prosta zasada, która naprawdę działa.

4. Zasłanianie grzejników

Zabudowy, ciężkie zasłony czy meble przysunięte do kaloryfera blokują oddawanie ciepła do pomieszczenia. Efekt? Grzejnik pracuje, a w pokoju nadal jest chłodno.




5. Brak kontroli nad głowicami termostatycznymi

Głowice ustawione „na oko” albo przypadkowo przekręcane potrafią robić ogromną różnicę na rachunku. Warto ustawić je raz, świadomie, i pozwolić im robić swoją pracę, zamiast kręcić nimi kilka razy dziennie.

6. Oszczędzanie kosztem zdrowia

Chroniczne wychłodzenie sprzyja infekcjom i bólom mięśni, zbyt zimna sypialnia oznacza gorszy sen i większe zmęczenie. Niedogrzane pomieszczenia szybciej łapią wilgoć i pleśń, a ich usuwanie bywa kosztowne. To pozorna oszczędność, która rzadko się opłaca i zwykle kończy się dodatkowymi problemami.

Oszczędzanie na ogrzewaniu nie polega na rewolucji ani na marznięciu. Chodzi o kilka rozsądnych zmian, które razem robią realną różnicę — niezależnie od źródła ciepła.

W praktyce można zyskać (mąż wyliczał, ja nie znam się na tym, on jest inżynierem):

ogrzewanie elektryczne:

ok. 15–25% mniej, daje nam około 800–1500 zł w sezonie

ogrzewanie gazowe:

ok. 10–20% mniej, zyskujemy oszczędności rzędu 400–1000 zł w sezonie

pellet / ekogroszek:

ok. 10–25% mniej to zysk około 300–800 zł w sezonie

centralne ogrzewanie w bloku (CO) - tu było nam najtrudniej to wyliczyć:

ok. 5–15% mniej kwota niby niewielka, ale jak to się mawia na ulicy nie leży  200–500 zł w sezonie

To są realne pieniądze, które można zaoszczędzić bez dziadowania i owijania się w koce.

Najważniejsze: oszczędzanie ma sens tylko wtedy, gdy nie odbywa się kosztem zdrowia i codziennego komfortu. Rozsądek zawsze wygrywa ze skrajnościami.

Podane widełki oszczędności dotyczą typowych mieszkań o powierzchni 45–65 m² oraz domów jednorodzinnych o metrażu 90–140 m², przy przeciętnej izolacji budynku. W mniejszych lub większych metrażach proporcje mogą się odpowiednio zmieniać. Chodziło mi o pokazanie, jakiego rzędu oszczędności są realnie możliwe, jeśli podchodzimy do tematu ogrzewania z głową. 

Każdy ma oczywiście prawo do własnego podejścia do tematu, to tylko takie moje rozważania. 


Dzielę się z Wami moim światem – od ogrodu, przez oszczędzanie i gotowanie, po szycie i urządzanie domu. Jeśli chcecie symbolicznie mnie wesprzeć, możecie postawić mi wirtualną kawę.  To dla mnie piękny znak, że to, co robię, ma dla Was wartość.