Jesień u nas w pełnej krasie, ostatnie dary natury lądują w
spiżarce. Dziś do zapasów dołączyła włoszczyzna, udało się mimo cały sezon
podbierania wykopać i zamrozić jeszcze 7 kg warzyw. Buraki już w słoikach,
dynia i cukinia w zamrażarce. Jeszcze czeka kilka zielonych pomidorków by
zrobić z nich sałatkę na zimę do słoików. W ogrodzie pozostało tylko zebrać
winogrona i fasolę, która pozostała na nasiono, po za tym już wszystkie zbiory
trafiły do przetworów. Przyjemnie tak zbierać warzywa/owoce we własnym
ogrodzie, a następnie robić z nich zapasy na zimę. Dziś również skończyłam
trzydniowe gotowanie bigosu, już z naszej własnej kapusty kiszonej , mam 8 litrów pachnącego
bigosu, mogę jutro wpakować go w słoiki i po pasteryzować. Lubię te wszystkie
prace domowe, choć wieczorem bywam zmęczona. Ale lubię również poczucie, że nie
zmarnowałam dnia, choć nie ukrywam, że dobrze mi robią dni z książką i błogie
lenistwo. Lenistwo tez jest dobre, byle
nie za dużo….
Dzięki przetworom domowym mogę sporo zaoszczędzić, a jeśli nawet
różnica jest niewielka, to na pewno wiem, co jem i to jest warte tej pracy.
Tak naprawdę w 100% nikt z nas nie ma pewności, co zostało włożone
do danego dania w zakładzie je produkującym. Często czytamy o wycofywaniu
jakieś partii produktów ze sklepu, wychodzi na to, że nie ma nigdzie pewności,
że wszystko zostało przygotowane należycie. W domowych przetworach wpadki są
wychwytywane natychmiast, bo produkt zwyczajnie się zepsuje. Domowe wyroby nie
posiadają konserwantów takich jak w przemyśle spożywczym i nie są maskowane
wzmacniaczem smaku. Robię powidła, dżemy,
które dosładzam tyle ile ja potrzebuję i tym, czego używam. Do kiszonek nie
dodaję konserwantów, nie podkwaszam octem, są produkowane metodą w pełni
tradycyjną.
