czwartek, 16 października 2025

Tort nie tort — bez laktozy i glutenu

 

Tort nie tort — bez laktozy i glutenu, z kremem karpatkowym, bezami i kawowym nasączeniem

Chciałabym Wam polecić tort nie tort (można oczywiście użyć go jako tradycyjnego tortu),  może nazwijmy to ciastem niedzielnym albo świątecznym.

U nas w domu choć raz w tygodniu, najczęściej w weekend, pieczemy jakieś ciasto. 

Ostatnio naszło mnie na coś bardziej wymyślnego – i wyszło naprawdę super!

Nie spodziewałam się, że takie połączenie będzie tak dobre. Nawet chrupkość bezy na wierzchu ciekawie współgrała z delikatnym kremem.

Jasne, jest przy tym trochę pracy, trzeba spędzić w kuchni chwilę więcej niż przy zwykłym placku, ale efekt końcowy naprawdę jest tego wart.

 


Składniki

Biszkopt:

  • 5 jajek
  • 5 łyżek cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia 
  • 5 łyżek mąki bezglutenowej (np. ryżowej) - dla osób bez nietolerancji – można użyć pszennej

 

Krem karpatkowy (bez laktozy i glutenu):

  • 500 ml mleka roślinnego – najlepiej ryżowego (oczywiście można tradycyjnie dodać mleko krowie)
  • 2 żółtka
  • 3 łyżki skrobi ziemniaczanej
  • 2 łyżki mąki ryżowej lub pszennej
  • 3 łyżki cukru
  • 1 opakowanie cukru waniliowego lub odrobina naturalnej wanilii
  • 150 g masła bez laktozy lub 3 łyżki rafinowanego oleju kokosowego (bez aromatu)

 Bezy:

  • 2 białka
  • ½ szklanki cukru pudru

Nasączenie kawowo-rumowe:

  • ½ szklanki mocnej, wystudzonej kawy
  • 1 łyżka cukru
  • 1 łyżka rumu lub aromatu rumowego

 

Przygotowanie

 Biszkopt:

Oddziel białka od żółtek. Ubij białka na sztywną pianę, stopniowo dodając cukier. Gdy piana będzie gęsta i błyszcząca, dodaj po jednym żółtku, delikatnie miksując. Wsyp przesianą mąkę i proszek do pieczenia – wymieszaj szpatułką. Wylej ciasto do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Piecz przez 30 minut w 180°C (góra–dół). Po upieczeniu nie wyjmuj od razu – uchyl lekko drzwiczki piekarnika i pozostaw biszkopt do przestudzenia. Gdy piekarnik ostygnie, wyjmij ciasto i odstaw do całkowitego wystudzenia.

 Krem karpatkowy:

Odlej ½ szklanki mleka roślinnego (lub krowiego jeśli tolerujesz), resztę zagotuj z cukrem i wanilią. W odlanej części wymieszaj żółtka, skrobię i mąkę na gładką masę. Wlej do gotującego się mleka, mieszając do uzyskania gęstego budyniu. Zdejmij z ognia, przykryj folią i odstaw do całkowitego wystudzenia. W temperaturze pokojowej utrzyj masło bez laktozy lub olej kokosowy na puch. Dodawaj po łyżce wystudzonego budyniu, aż powstanie gładki, puszysty krem.

 Bezy:

Ubij białka na sztywną pianę, stopniowo dodając cukier puder. Uformuj małe bezy na papierze do pieczenia (np. szprycą). Piecz ok. 1 godzinę w 140°C, aż będą suche i chrupiące.

 Nasączenie kawowo-rumowe:

Wymieszaj wystudzoną kawę z cukrem i rumem lub aromatem rumowym. Jeśli tort jedzą również dzieci – pomiń alkohol lub użyj kilku kropel aromatu. Nasączaj każdy blat pędzelkiem lub łyżką, delikatnie, aby nie przemoczyć biszkoptu.

 

Biszkopt przekrój na 2 lub 3 blaty. Każdy blat lekko nasącz przygotowanym płynem. Przełóż kremem karpatkowym, wierzch i boki również posmaruj kremem. Udekoruj bezami i ( jeśli chcesz)–świeżymi owocami. Wstaw tort do lodówki na kilka godzin, aby masa dobrze się ścięła.

Moja rodzina zażądała powtórki, myślę, że spróbuję jeszcze dodając 2 łyżki kakao do kremu i zrobię z kremem czekoladowym, można wtedy zetrzeć czekoladę na tarce i posypać na wierzchu tort zamiast bez lub i z nimi. Wszystko zależy od waszych chęci, smaków czy możliwości.

 

Dzielę się z Wami moim światem – od ogrodu, przez oszczędzanie i gotowanie, po szycie i urządzanie domu. Jeśli chcecie symbolicznie mnie wesprzeć, możecie postawić mi wirtualną kawę.  To dla mnie piękny znak, że to, co robię, ma dla Was wartość.

środa, 8 października 2025

Ogród w rytmie przemijania - powrót do natury

 


Zdjęcie ogrodu - jesień 2024 

Od osiemnastu lat mieszkam na wsi. Wcześniej całe życie spędziłam w dużym mieście, w samym centrum, gdzie pory roku były bardziej datą w kalendarzu niż prawdziwym doświadczeniem. No chyba, że musiałam „wydobyć” samochód spod śniegu.

Tam jesień oznaczała chłodniejsze poranki i grubszy płaszcz.

Tutaj, na wsi, jesień ma zapach ziemi, dymu i wilgotnych liści.

Z czasem zauważyłam, że odkąd żyję bliżej natury, inaczej postrzegam przemijanie.

Każda zmiana w ogrodzie — opadające liście, zasychające kwiaty, coraz krótsze dni — staje się częścią mojego rytmu.

Pracując w ogrodzie, grabiąc liście, siejąc i zbierając plony, uczę się, że wszystko ma swój czas.

Nie można niczego przyspieszyć ani zatrzymać — można tylko być w tym rytmie.

Przyroda decyduje za nas, co i kiedy się wydarzy. 

Dwa dni czekałam, aż pogoda pozwoli mi posadzić wrzosy. Dziś, tuż przed deszczem, udało mi się posadzić dwadzieścia z trzydziestu pięciu krzaczków.

I nic nie da, że będę się złościć czy tupać — deszcz nie przestanie padać, a słońce nie zaświeci na zawołanie.

Teraz, patrząc w niebo, zaczęłam dostrzegać fazy Księżyca, które dawniej były mi obojętne.

Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że mają jakikolwiek wpływ — na nas, na przyrodę, na rytm życia. 

A przecież kiedyś ludzie żyli w rytmie Księżyca. Zanim zaczęli mierzyć czas w dniach i miesiącach, obserwowali cykle nieba.

Rolnicy i zielarki od tysiącleci spoglądali na Księżyc, by wiedzieć, kiedy siać, sadzić i zbierać.

Nów – czas spoczynku ziemi, dobry na planowanie i przygotowanie narzędzi.

Przybywający Księżyc – najlepszy moment na sianie i sadzenie roślin, które rosną ku górze (zboża, zioła, drzewa owocowe).

Pełnia – moment obfitości i zbiorów, czas wzmożonej energii roślin.

Ubywający Księżyc – dobra pora na prace porządkowe, przycinanie, zwalczanie chwastów i odpoczynek natury.

W ten sposób ziemia, niebo i człowiek tworzyli jedność – praca była zgodna z naturalnym rytmem, a nie z kalendarzem na ścianie.

W wielu kulturach Księżyc uosabiał żeński pierwiastek, intuicję i odrodzenie.

Był symbolem cyklu życia — narodzin, wzrostu, dojrzewania i śmierci.

U Słowian nazywano go Miesiącem i czczono jako opiekuna płodności oraz rytmu natury.

W kulturze celtyckiej pełnia była czasem rytuałów wdzięczności i oczyszczania,

a w Japonii do dziś obchodzi się Tsukimi – święto podziwiania pełni.

W dawnych tradycjach kobiety gromadziły się w świetle pełni, by modlić się, dzielić zioła i doświadczenia — tworzyły wspólnotę w rytmie światła i cienia.

Dopiero urbanizacja, sztuczne oświetlenie i pośpiech oderwały nas od Księżyca.

W mieście jego blask ginie wśród neonów.

Teraz, mieszkając na wsi, nauczyłam się rozumieć, kiedy ziemia odpoczywa, a kiedy budzi się do działania.

Czasem wieczorem wychodzę do ogrodu i patrzę w gwiazdy — czuję wtedy, że człowiek w mieście utracił w dużej mierze kontakt z naturą.

Tu, na wsi, wszystko przypomina mi o cyklu życia.

Rytm dnia i nocy, światło, które zmienia kolor, dźwięk deszczu na dachu, zapach świeżo przekopanej ziemi czy skoszonej trawy.

W tym wszystkim odnajduję nie tylko ogród, ale i samą siebie w różnych porach roku.

Z czasem odkryłam, że ogród jest jak księżyc – ma swoje fazy. Czasem tętni życiem, innym razem milknie, by zebrać siły. Nie ma w tym nic złego, to po prostu rytm istnienia. Ucząc się natury, uczę się siebie – i w tym odnajduję spokój.


„Natura się nie spieszy, a mimo to wszystko zostaje dokonane.” — Laozi


Dzielę się z Wami moim światem – od ogrodu, przez oszczędzanie i gotowanie, po szycie i urządzanie domu. Jeśli chcecie symbolicznie mnie wesprzeć, możecie postawić mi wirtualną kawę.  To dla mnie piękny znak, że to, co robię, ma dla Was wartość.


 


czwartek, 2 października 2025

Urlop pełen spokoju… no, prawie

 


Nareszcie udało mi się w tym roku wyjechać na urlop!




Uwielbiamy jesienne wypady nad polskie morze – poza sezonem. Nie tylko dlatego, że jest wtedy znacznie taniej, ale przede wszystkim dlatego, że nie przepadamy za tłumami. Kochamy te spokojne, prawie puste plaże… choć w tym roku i tak spotkaliśmy sporo osób, które również korzystały z pięknej pogody. Przy okazji urlopu zaliczyłam też małą przygodę – drobny wypadek na rowerze sprawił, że teraz samo siedzenie to prawdziwy wyczyn.  Ale na szczęście poza tym było cudownie i wracam bogatsza o nowe wspomnienia.

Akumulatory podładowane, więc mogę wracać do ogrodowych zajęć. 

W planach na ten sezon jeszcze:

  • mąż zamierza ułożyć ścieżki z piaskowca,
  • ja posadzę kilka nowych roślin,
  • muszę też uporządkować róże, które w międzyczasie zmieniły swoje miejsce.

Powoli trzeba będzie myśleć o zabezpieczaniu ogrodu przed zimą.

Jesień potrafi być naprawdę piękna – złote liście, chłodniejsze poranki i długie wieczory z kubkiem herbaty. Lubię w jesieni ten spokój i kolory, które nigdy się nie nudzą.

A Wy – za co najbardziej lubicie jesień?


Dzielę się z Wami moim światem – od ogrodu, przez oszczędzanie i gotowanie, po szycie i urządzanie domu. Jeśli chcecie symbolicznie mnie wesprzeć, możecie postawić mi wirtualną kawę.  To dla mnie piękny znak, że to, co robię, ma dla Was wartość.