sobota, 8 sierpnia 2020

Dlaczego znowu oszczędzamy?



Do podjęcia wyzwania szybszej spłaty kredytu hipotecznego zainspirował mnie serial „Dom bez kredytu” oraz „Ludzie z małych domków”. Dotarło do mnie, że trzeba z tym zrobić coś i to jak najszybciej, oddech po wyjściu z długów już był, trochę podróży, trochę luzu, a teraz czas na uporządkowanie spraw by na emeryturze nie borykać się nadal z kredytem hipotecznym.  Dodatkowym impulsem była pandemia, która mocno zachwiała światową gospodarką i powstałym brakiem stabilności jutra. Uznaliśmy z mężem, że wiemy już jak się to robi, zatem do dzieła, trzeba „zacisnąć pasa” i podjąć wyzwanie.  Nie da się żyć tylko chwila obecną, trzeba spojrzeć w przyszłość i realnie ocenić własną sytuację.  Minimalizowanie wydatków na początku u wielu osób budzi sprzeciw, ale do wszelkich ograniczeń trzeba się przekonać, nie da się tego zrobić, jeśli będziemy tylko stawiali opór i widzieli złe strony tych wyrzeczeń. Polecam zrobić sobie tabelkę i wypisać wszystkie korzyści i straty spowodowane podjęciem wyzwania „oszczędzanie”. Potem wspólnie pomyśleć jaki mamy stosunek do naszych potrzeb i czy są one dla nas tak ważne i czy są ważniejsze od wolności finansowej.  Zastanówcie się na jak dalekie ustępstwa możecie się posunąć i czy czujecie to całym sobą, bez pełnej akceptacji zamienia się to w karę, frustruje. Dobrze też zamienić pojęcie udręki w wyzwanie, postawienie sobie celu do osiągnięcia. Potrafimy rzucać nałogi, odchudzać się, uczyć do trudnych egzaminów, walczyć o partnera/partnerkę, zmieniać dietę z powodów zdrowotnych, więc czemu nie może oszczędzanie być jednym z naszych wyzwań. Tak naprawdę człowiek nie potrzebuje wiele by być wypełni szczęśliwy, nasze poczucie spełniania często niszczymy porównując się z innymi, co posiadaj co osiągnęli, ale nie patrzymy z jakiego miejsca wystartowali, jakie mieli wsparcie, z jakimi przeciwnościami walczyli. W życiu już tak jest, że jeden ma same piątki, bo ma i już, a drugi musi na nie ciężko pracować, jeden namaluje obraz od niechcenia, a drugi mozoli się i końcowy efekt ma dużo do życzenia. Jedni startują w dorosłe życie z mieszkaniem, samochodem od rodziców, a inni z walizką ubrań i 1000 zł na koncie. Więc jak można się do kogoś porównywać, nie ma dwóch dokładnie tych samych ludzi, sytuacji, żyć. Tak wygląda świat i złoszczenie się na to nie ma sensu, lepiej popatrzeć na samych siebie od czego zaczynaliśmy. My z mężem zaczęliśmy od walizki ubrań, wersalki, dwóch foteli, ławy, sprzętu muzycznego. To było wszystko co posiadaliśmy w dniu ślubu i rozpoczęcia naszego wspólnego już życia. Bez wsparcia materialnego rodziny, bez mieszkania, samochodu, funduszy, na progu pracy zawodowej, uczących się częściowo jeszcze.  Jak mogli byśmy się porównywać, po co, jaki by to miało cel, nic by nie dało, postanowiliśmy robić wszystko by uwić sobie nasz własny los, nasze jutro. Akceptacja nasze sytuacji i podjęcie świadome wyzwania daje „kopa”.


                    


Niedługo będziemy świętować 29 rocznice ślubu, nasze dzieci są już dorosłe i prawie dorosłe, najstarszy skończy 23 lata, najmłodsza jest córka 16 lat. czas uporządkować naszą przyszłość, zapewnić sobie wolność finansowa, póki mamy siłę, motywację i możliwości.
Od ponad 5 miesięcy nie kupiłam ubrań, czy czegoś mi brakuje? Nie! Tak naprawdę często kupujemy coś bez czego spokojnie można się obyć, jest nam zupełnie niepotrzebne, ale kupujemy, bo ładne, bo jest to ta chwila, a potem…. Dodam, że od ponad 5 miesięcy nie kupiliśmy żadnych ubrań, tylko jedna parę obuwia sportowego dla mnie. Polecam do przeczytania „Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków” Marty Sapały.

Ja wiem, mnie jest łatwiej, bo ja po prostu urodziłam się minimalistką, mój mąż musiał się tego nauczyć, z dziećmi różnie bywa, córka dojrzewa do tego, syn młodszy jest w fazie sezonowej wymiany ubrań, bo tak robią jego znajomi, niestety to trudne dla niego by nie poddawać się modzie na ciągłą wymianę ubrań, mimo posiadania około 20 koszulek czuje, że wszyscy wiedzą, że on je nosi od roku. Musi sam dojrzeć do tego, my w tym wypadku jesteśmy nieugięci, uważamy, że to jest w jego głowie i tak naprawdę nikt nie pamięta w jakiej koszulce był w szkole dwa tygodnie temu.  Proponowaliśmy mu wymianę koszulkami ze starszym bratem by zwiększyć ilość ich, ale łatwo nie jest. Córka chętnie się ze mną wymienia ubraniami, na co dzień nie nosi sukienek, spódniczek i uznała, że nie warto kupować, bo i tak będą wyjmowane dwa razy w roku, wtedy zagląda do mojej szafy.  We mnie po za minimalistką jest duch ekologa, drażni mnie fakt wyrzucania odzieży tylko dlatego, że jest z zeszłego sezonu, nie chodzi tu tylko o pieniądze, ale o wysypiska, o proces produkcji. Ja sporo ubrań kupuje w sklepach z odzieżą używana, lubię te ubrania, są już sprane z chemicznych farb, mają swój urok, mam świadomość, że nie mnożę kolejnych ubrań, moje staram się oddawać, przerabiać, używać do czasu aż już nic się nie da zrobić. Można przeróżnie wykorzystać ubrania, na torby na zakupy, woreczki na przechowywanie drobiazgów, poszewki na poduszki ozdobne, fartuszki kuchenne, ściereczki itd. No i znowu wyszło moje „gadulstwo” wybaczcie, taka moje jedna z wielu wad.

Ostatnio tak mi przyszło do głowy, że ludzie oceniają, interpretują również w zależności od chwili i miejsca. Niektóre osoby czytając o moich pomysłach na oszczędzanie nazywa to skąpstwem, dziadowaniem, umartwianiem itp. Te same osoby czytając często dokładnie te same rady o podejściu do konsumpcyjnego życia na blogu minimalistów/ekologów uważają sprawę za super, trendy i modną.  Dlaczego? Wydaje mi się, że oszczędzanie = bieda, minimalizm/ekolog = być modnym, na czasie. Więc lepiej jest być minimalista niż oszczędnym.


czwartek, 6 sierpnia 2020

Ciasto z serem



Taki przepis sobie leżał w segregatorze kilka lat i nie wiem czemu czekał na realizację. Kupiłam biały ser i odłożyłam do lodówki z zamysłem zrobienia sernika na zimno. Za oknem zrobiło się szaro, chłodno i jakoś przeszła mi chęć na takie ciasto.  Zaczęłam przeglądać segregator i nagle wyszperałam zapomniany przepis.


Składniki na ciasto:
  • 300 g mąki (może być pszenna, orkiszowa, a dla osób omijających te mąki, 100 g kukurydzianej, 150 ryżowej mąki, 50 g mąki ziemniaczanej)
  • 2 żółtka
  • 1 całe jajko
  • 2 łyżki kwaśnej śmietany lub jogurtu
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • ½ szklanki cukru
  • ½ kostki masła/margaryny
Zagniatamy ze składników ciasto, będzie lekko wilgotne i takie niemocno zbite.  Rozwałkowujemy na dno blachy.
Składniki na masę serową:
  • ½ kg sera mielonego lub mielimy samodzielnie w domu (ja ostatnio kupuję taki mielony w kiełbasce w Polo, ma dobry skład, jest smaczny, nie ma skrobi)
  • ½ szklanki cukru
  • 3 żółtka
  • 1 całe jajko
  • 1,5 szklanki mleka
  • 1 budyń śmietankowy
Ucieramy żółtka, jajko i cukier na puszystą masę, dokładamy zmielony ser mieszamy wszystko dokładnie, następnie wlewamy mleko wymieszane z budyniem całość mieszamy dokładnie (można spokojnie zrobić to mikserem), wylewamy na ciasto i wstawiamy do piecyka nagrzanego do 170 stopni górna i dolna grzałka. Pieczemy około 50 minut.
Składniki na piankę:
  • wszystkie białka jakie nam zostały 
  • 5 łyżek cukru
  • 2 łyżki wiórków kokosowych
  • 4 tafelki ciemnej czekolady
Ubijamy pianę z białek dodajemy cukier w trakcie ubijania, gdy biała są już sztywne dokładamy wiórki kokosowe.
Następnie ostrożnie wykładamy masę na upieczone ciasto i wstawiamy do piecyka na kolejne 10 minut. Gdy ciasto się upiecze otwieramy piecyka po wyłączeniu na około 5 minut, następnie wyjmujemy ciasto i posypujemy tartą czekoladą. Kroimy dopiero jak zupełnie ciasto wystygnie.
Wiem wygląda na skomplikowane, ale wierzcie mi, naprawdę warto zdać sobie ten trud, ciasto jest pyszne.






wtorek, 4 sierpnia 2020

Nasze oszczędzanie w 2020 roku




Podsumowanie moich postanowień oszczędnościowych na ten rok od momentu postanowienia, czyli od początku marca.
Nie kupiłam żadnej odzieży w tym roku, z obuwia jedną parę butów dla mnie, bo pękły mi buty sportowe i nie było wyjścia. Nie kupiliśmy książek, nowości udało mi się upolować w bibliotece. Czerpiemy, ile możemy z ogrodu i parapetów, pomidory, ogórki, cukinie, fasolkę, sałata, szczypior, rzodkiewki, włoszczyzna, zioła, borówki, porzeczki itd. Wszystko w ogrodzie i na parapetach podlewamy wodą deszczową. Na razie przetwory robię tylko z naszych owoców i warzyw z ogrodu. 




Nie chodzimy do fryzjera, kosmetyczki, staramy się radzić sobie sami, ostatnio jakoś nie czuje potrzeby malowania paznokci, więc nawet sama tego nie robię, a tym bardziej nie chodzę do kosmetyczki. Staram się korzystać z kuponów do sklepów, zniżek dzięki aplikacjom, pilnuje tego dokładnie. Nie jemy na mieście, nie zamawiamy jedzenia do domu, nie pijemy napojów butelkowanych tylko domowe soki i wodę filtrowaną (zabieramy w opakowania wielorazowe), nie kupujemy kawy na mieście, zabieramy własna do kubków termicznych. Nie kupujemy słodyczy po za gorzka czekolada, wina mamy domowej produkcji, jedyne co wydaję to na alkohol do produkcji nalewek. Powróciliśmy do produkcji jogurtów, dokładamy owoce, kakao, miód, orzeszki i mamy deser, zupy i sosy zaprawiam jogurtem. Pilnuje dokładnie jadłospisu, resztek w lodówce by nic się nie marnowało. 
Córka (lat 16) wpadła na pomysł, że będzie pomagać w stajni przy koniach, a w zamian ma jazdy konne na które nie wydajemy pieniędzy. Syn (lat prawie 18) pracował jeden miesiąc w hurtowni i dzięki temu teraz ma fundusze na wakacje, na prezenty urodzinowe dla znajomych (taki rok osiemnastkowy). Cała rodzina się zmobilizowała by w tym roku spłacić jak najwięcej rat kredytu hipotecznego, byśmy szybciej pozbyli się go i mogli odetchnąć.
Ile można zaoszczędzić miesięcznie, przyjmując średnio 200 zł na odzież i obuwie miesięcznie (nie kupujemy co miesiąc), 35 zł za strzyżenie na osobę raz na miesiąc x 5, zrobienie brwi raz na miesiąc 30 zł, jedna kawa tygodniowo na głowę wypita na mieście to około 12-15 zł, jedna kolacja rodzinna na mieście to 120-150 zł. Paznokcie raz na powiedzmy 6 tygodni koszt 60-80 zł. Dodajmy jeszcze napoje w butelkach (woda, kolorowe napoje) 1 – 3 zł jedna dziennie, chipsy 2 – 3 zł x 2 - 3 tygodniowo. Jedna książka miesięcznie około 40 zł. Rodzinne wyjście do kina bez przekąsek to koszt około 180 zł

Sumując
  • 200 zł – odzież/obuwie
  • 105 – 175 zł – fryzjer (bez farbowania włosów i w nie najlepszym salonie, bez zabiegów dodatkowych, tylko proste strzyżenie)
  • 30 zł brwi u kosmetyczki
  • 60 – 80 zł – paznokcie
  • 100 (plus, minus) zabiegi kosmetyczne
  • 96 – 120 zł – kawa dla dwóch osób raz w tygodniu na mieście
  • 480 – 600 zł – kolacja rodzinna raz w tygodniu na mieście
  • 30 – 90 zł – napoje butelkowane
  • 16 – 36 zł – chipsy
  • 40 zł – książka jedna miesięcznie
  • 180 zł – kino rodzinnie jeden raz w miesiącu

Razem: 1277 – 1651 zł (taka próba policzenia ile by to było)

Popatrzcie, ile można zaoszczędzić, gdy się zrezygnuje z takich przyjemności, dodawać można by dużo więcej do tego rachunku – słodycze, alkohol, kosmetyki, przejazdy taksówką, wypady do pubu itp. Policzyłam wszystko tak ogólnie szacunkowo, by pokazać Wam, że często upraszczamy nasze wydatki i stwierdzamy – oj to tylko jeden napój dziennie, to tylko kino, oj co tam kawa na mieście. Niestety od grosza do grosza i robi się kwota. Jak byśmy tak rok zrezygnowali z tych wszystkich atrakcji i starali się ogarnąć to wszystko w inny sposób, to mogli byśmy zaoszczędzić niezłą kwotę 15000 – 20000 zł. Myślę, że rok można by się spiąć i odmówić sobie tych kosztów, to nie całe życie, ale rok.
Nam na razie się udaje, oczywiście czekają nas wydatki związane z wrześniowym powrotem młodzieży do szkoły, więc tu się nie da uniknąć kosztowych wydatków, ale jeśli możemy ogólnie zaoszczędzić to staramy się z całych sił wszyscy.

Poprawiłam fragment o wyjazdach wakacyjnych (jest poniżej), ponieważ jedna czytelniczka nie do końca zrozumiała tekst o wyjedzie gdzie dostaje się kolacje i nocleg u kogoś i za to nie płaci, określiła to mianem "Dziadostwa". Od lat lubimy jechać do rodziny/znajomych i zostać tam maks dwie noce (jak to moja teściowa mawia - by nie zamęczyć gospodarza i samemu się nie zmęczyć), tak też zrobiliśmy jadąc na tydzień do rodziny męża na Mazury, gdzie mieliśmy zapewniony własny (opłacony) nocleg, ale obiady nam stawiano, potem przyjechała do nas rodzina ta u której "dziadowaliśmy" (4 osoby) i oni zostali jedna noc u nas, jedną u teściowej, stołowali się u nas i u teściowej, potem przyjechała druga część rodziny (5 osób) i było podobnie. Czytelniczka zarzuciła mi, że wtedy mam gdzieś swoje diety i alergie, tylko lecę jak dziad na darmowe. Niestety moja alergia nie jest wymysłem ani wygodą, dziadowskie rzucenie się jak to Określiłaś na darmowe, skończyło by się wstrząsem lub zgonem, zatem jak wiem, że gospodarz nie jest świadomi mojej alergii, to albo zabieram własne jedzenie, albo jem to co mogę zjeść, czasem są to tylko gotowane ziemniaki, może w wyobrażeniu czytelniczki mój tekst wyglądał inaczej, więc napisałam go dokładniej. Może widziała to przez swoje złe doświadczenia, gdy ciągle ktoś jej "czyści" lodówkę i jest niemiły dla niej. Jak to mawiają - punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. 
Jestem świadoma ograniczeń swojej diety, z tego własnie powodu częściej znajomi są u nas niż my u nich (zwłaszcza w okresie świątecznym), ostatnio zrobili szybkiego grilla, wypiłam tam dwie herbaty i to wszystko, no cóż, tak też bywa (dla alergika i do tego wegetarianki), zawsze się z tym liczę, więc jeśli mam czas na przygotowania to zabieram własne jedzenie lub blachę ciasta dla wszystkich, bym i ja mogła coś zjeść. Jeśli Ciebie Czytelniczko spotkało coś nieprzyjemnego ze strony gości, to współczuję, tylko tyle mogę, ale by oceniać mnie, musiała byś "wejść w moje buty".  Napisałaś dwa komentarze do dwóch postów, obydwa pełne złości i nieprzyjemne, jeśli Ci się u mnie nie podoba, to czemu uprawiasz samoumartwienie? Jeśli to możliwe, to proszę daj mi spokój, mam naprawdę dużo codziennych problemów i czasem nie mam siły rano wstać i dalej walczyć. 

Jeśli chodzi o wakacje to polecam wymianę, gościć kogoś u siebie, a potem zrobić rewizytę. My przez kilka lat w zamian za opiekę nad psem i mieszkaniem mogliśmy spędzić 2 tygodnie nad morzem. Oczywiście wyżywienie we własnym zakresie. Często też praktykowaliśmy wymianę ktoś u nas 2-3 dni, a potem my u kogoś 2-3 dni, uważam to za uczciwe podejście.  My często proponowaliśmy znajomym zamieszkanie w naszym domu gdy gdzieś jechaliśmy, nie jest to dla nas problem. Uważam to za dobry zwyczaj aby się wymieniać domami, mieszkaniami z rodziną, znajomymi, nie trzeba wtedy rujnować się na noclegi, a jeść trzeba wszędzie.