czwartek, 5 marca 2015

Życie na wsi to nie kara i wygnanie....



Ktoś mnie ostatnio zapytał - jak ja mogę żyć na wsi, gdy ja mam alergię, syn ma alergię, a nastraszy syn jest niepełnosprawny? Przecież wszędzie mam daleko, nie zapewniam odpowiedniej opieki medycznej dzieciom. Przyznam, że zrobiło mi się przykro, że tak lekko ktoś zakłada takie wnioski. Nie pytaj jak mam daleko, czy daję radę? Nie od razu wyciąga konkrety ze słowa wieś.
Podejrzewam, że wiele osób mieszkających na wsi poczułoby się z taką opinią źle, niektórzy by zareagowali agresywnie, niektórzy się obrazili. A mnie nasuwa się pytanie, – dlaczego ktoś od razu zakłada, że zaniedbuję dzieci tylko, dlatego, że mieszkam od blisko 8 lat na wsi? Skąd takie przypuszczeni i wnioski?
Często też ludzie słysząc jak daleko ma najstarszy syn do szkoły, automatycznie zakładają, że mieszka w internacie. Jeśli ktoś jest ciekawy odpowiem, ale czemu od razu podaje swoją wersję odpowiedzi?


  
Zatem wszystkim, którzy chcą wiedzieć, to odpowiem J
Do najbliższej przychodni mam 4 km (ciekawe ile mają autorzy pytań), do alergologa mam 8 km w jedną stronę oczywiście. Do najbliżej apteki mam 4 km (w sumie można pojechać rowerem). Najstarszy syn chodzi do szkoły specjalnej odległej od domu 25 km w jedną stronę, nie mieszka w internacie (chcemy czynnie uczestniczyć w wychowaniu go), codziennie dowozi go tata, który pracuje 2 km od jego szkoły.
Obecnie życie na wsi to nie kara i wygnanie. W mojej okolicy mieszkają głównie byli mieszkańcy dużego miasta. Niektórzy zaczęli nawet hodować zwierzęta (króliki). Wszyscy pracują w mieście, ich dzieci korzystają z zajęć dodatkowych w mieście.  
Wieś, w której mieszkam obecnie liczy coś około 60 mieszkańców zameldowanych na stałe. Wieś nie posiada własnego sołtysa, podlegamy pod inne sołectwo, a mimo to osiedlają się tu mieszczuchy z krwi i kości.
Kocham to miejsce, ludzie żyją tu inaczej, w urzędzie chcą mnie wysłuchać, poznają od drzwi, gdy idę załatwiać sprawy związane z niepełnosprawnym synem lub wielodzietnością. Potrafią zaufać drugiemu człowiekowi (padł mi akumulator, nie miałam gotówki, a sklep nie honorował kart, dostałam akumulator i pojechałam do bankomatu, a potem wróciłam zapłacić), innym razem brakło mi gotówki w aptece na leki, podobna sytuacja zapłaciłam za dwa dni. Powiedzcie mi, w jakim większym mieście tak nam zaufają. Ludzie mówią sobie dzień dobry nawet jak się nie znają. Młodszy syn na pytanie gdzie chciałby mieszkać w przyszłości odpowiada, że na przedmieściach lub na wsi.

Jeśli macie jakieś pytania, wątpliwości pytajcie! Ale proszę Was o nie odpowiadanie za mnie. Nie znacie mnie aż tak dokładnie. Odkrywam przed wami wiele spraw dotyczących mojej rodziny, dzielę się nimi z Wami w dobrej wierze, chcę byście mogli zrozumieć, że z brakiem pieniędzy można sobie poradzić. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego w waszych komentarzach, mailach jest tyle złości, agresji i czemu mnie atakujecie? Po co, czy to jakaś nowa moda – dokopać bliźniemu. Smutno mi, że w ludziach jest tak dużo złych emocji, którym upust dają na oślep, byle odreagować.